Tym razem odpowiedział mu oschły śmiech Nostroma.

— Pan, zdaje się, bardzo się przejmuje zupełnie naturalną rzeczą, señor doctor. To mnie dziwi. Jest bardzo prawdopodobne, iż wkrótce jednego po drugim każe nas rozstrzelać jeżeli nie Sotillo, to Pedrito, Fuentes lub Gamacho. A możemy nawet — quien sabe? — trafić na tortury, dzięki pańskiej dowcipnej bajeczce o srebrze, którą pan wbił pan do głowy Sotillowi.

— Już to miał w głowie — zapierał się doktor. — Ja tylko...

— Tak. A pan tylko tak mu to w głowie przygwoździł, że sam diabeł...

— O to mi właśnie chodziło — podchwycił doktor.

— Więc o to panu chodziło? Bueno. Jest, jak powiedziałem. Niebezpieczny z pana człowiek!

Ich głosy, które nie podnosząc się, zaczęły się stawać kłótliwe, nagle umilkły. Nieboszczyk señor Hirsch, którego sztywna sylwetka majaczyła ciemnym kształtem na tle gwiazd, zdawał się czekać uważnie, w bezstronnym milczeniu.

Ale doktor Monygham nie szukał zatargu z Nostromem. W tym ostatecznym zachwianiu się pomyślności Sulaco uświadomił sobie wreszcie, że ten człowiek był istotnie niezbędny, niezbędniejszy, niżli mogło pojąć zaślepienie kapitana Mitchella, jego chełpliwego odkrywcy, niżli zdołała kiedykolwiek określić najudatniejsza, oschła kpina Decouda o „moim znakomitym przyjacielu, jedynym capatazie de cargadores”. Ten człowiek był istotnie jedyny. Nie był „jednym z tysiąca”. Był bezwarunkowo wyjątkowy. Doktor uległ. W geniuszu tego genueńskiego marynarza było coś, co potrafiło panować nad losami wielkich przedsiębiorstw i wielu ludzi, losem Charlesa Goulda i dolą uwielbionej kobiety. Na myśl o niej doktor musiał odchrząknąć, żeby móc przemówić.

Zupełnie zmienionym tonem zaczął wyłuszczać capatazowi, iż przede wszystkim nie grozi mu większe niebezpieczeństwo. Dotychczas wszyscy są przekonani, że nie żyje. Jest to okoliczność nadzwyczaj korzystna. Powinien by tylko schować się przed ludzkim wzrokiem w Casa Viola, gdzie, jak powszechnie wiadomo, przebywa tylko stary Garibaldino ze zwłokami swojej zmarłej żony. Cała służba się rozpierzchła. Nikomu nie przyjdzie na myśl go tam szukać, czy zresztą gdziekolwiek indziej.

— Byłoby to najzupełniejszą prawdą — odparł gorzko Nostromo — gdybym pana nie spotkał.