Doktor zamilkł na jakiś czas.
— Czy chce pan przez powiedzieć, iż przypuszcza pan, że mógłbym pana wydać? — zapytał niepewnym głosem. — Dlaczego? Dlaczego miałbym to robić?
— Czy ja wiem? Czemużby nie? Może, by zyskać choć jeden dzień na czasie. Sotillo potrzebowałby jednego dnia, by wziąć mnie na tortury lub zastosować jeszcze coś innego, zanimby mi wpakował kulę w serce, jak temu biedakowi. Czemużby nie?
Doktor przełykał z trudnością. Gardło wyschło mu w okamgnieniu. Ale nie z oburzenia. Doktor był do tego stopnia żałosny, iż mniemał, że utracił prawo oburzania się na kogokolwiek i za cokolwiek. Po prostu się przestraszył. Czyżby ten marynarz usłyszał przypadkiem jego historię? Gdyby tak było, to skończyłaby się jego użyteczność w tym zakresie. Niezmazana hańba, która czyniła go zdolnym do brudnej roboty, spowodowałaby, że ten niezbędny człowiek wymknąłby się spod jego wpływu. Doktor poczuł coś w rodzaju mdłości. Oddałby wszystko, żeby zyskać pewność, ale nie śmiał pytać o wyjaśnienia. Fanatyzm jego ofiarnego oddania, karmiony poczuciem poniżenia, opancerzył jego serce smutkiem i wzgardą.
— Rzeczywiście, czemużby nie? — zawtórował z przekąsem. — Byłoby więc najbezpieczniej, żeby pan zabił mnie na miejscu. Co prawda, mógłbym się bronić. Ale pan już wie zapewne, że nie zwykłem nosić przy sobie broni.
— Por Dios! — sarknął capataz porywczo. — Wy, panowie, wszyscy jesteście jednacy. Wszyscy niebezpieczni. Wszyscy zdrajcy biedaków, którzy są waszymi psami.
— Pan mnie nie rozumie — zaczął doktor z wolna.
— Rozumiem was wszystkich! — krzyknął Nostromo z gwałtownym ruchem, który dla oczu doktora był równie mało dostrzegalny jak uparta nieruchomość nieboszczyka señora Hirscha. — Biedak w waszym otoczeniu musi się sam o siebie troszczyć. Powtarzam, iż nie dbacie o ludzi, którzy wam służą. Niech pan spojrzy na mnie! Po tylu latach znalazłem się nagle w położeniu psa, który warczy tam, na dworze, nie mając ani budy, ani bodaj ogryzionej kości w zębach. Caramba! — Powściągnął się jednak z pogardliwą łagodnością. — Oczywiście — mówił dalej spokojnie — nie przypuszczam, żeby pan miał natychmiast wydać mnie w ręce Sotilla. To nie o to chodzi. To chodzi o to, że jestem niczym. Tak nagle! — Opuścił ręce. — Niczym dla ludzi — powtórzył.
Doktor odetchnął swobodnie.
— Niech no pan posłucha, capatazie! — rzekł wyciągając niemal serdecznie rękę ku ramieniu Nostroma. — Powiem panu rzecz bardzo prostą. Może pan być spokojny o siebie, bo jest pan potrzebny. Nie zdradziłbym pana za nic w świecie, ponieważ pana potrzebuję.