Nostromo zagryzł w ciemności usta. Już dosyć się tego nasłuchał. Wiedział, co to znaczy. Miał już tego wszystkiego wyżej uszu. Ale sądził, iż powinien teraz pomyśleć o sobie. I zdawało mu się również, iż nie byłoby rozsądnie rozejść się w niezgodzie ze swym towarzyszem. Doktor, którego podejrzewał o obłudę, miał wśród ludności Sulaco opinię niedobrego człowieka. Opierała się ona na jego zewnętrznym wyglądzie, rażącym niezwykłością, oraz na jego szorstkim i ironicznym sposobie bycie. Były to widoczne, namacalne i nieodparte dowody złośliwego charakteru doktora. A Nostromo pochodził z ludu. Chrząknął więc tylko z niedowierzaniem.
— Mówiąc otwarcie, jest pan jedynym człowiekiem — mówił dalej doktor — w którego mocy jest ocalić to miasto i... wszystkich, przed niszczycielską drapieżnością ludzi, którzy...
— Nie, señor — odezwał się Nostromo z przekąsem. — Nie jest w mojej mocy odzyskać dla pana skarb, żeby go pan oddał Sotillowi, Monterowi czy Gamachowi. Czy ja wiem?...
— Nikt nie oczekuje rzeczy niemożliwych — brzmiała odpowiedź.
— Sam pan powiedział: „nikt” — mruknął Nostromo niechętnym, groźnym tonem.
Ale doktor Monygham, pełen otuchy, nie zwracał uwagi na te zagadkowe słowa i zawartą w nich pogróżkę. Ich oczom, przyzwyczajonym już do ciemności, nieboszczyk señor Hirsch zaczął zarysowywać się wyraźniej i zdawał się do nich zbliżać. Toteż doktor przyciszył głos, zaczynając ujawniać swój plan, jakby obawiał się, że może być podsłuchany.
Darzył niezbędnego dla siebie człowieka pełnym zaufaniem. Zawarte w jego słowach pochlebstwa oraz sugestie wielkich niebezpieczeństw zabrzmiały w uchu capataza znajomym dźwiękiem. Jego umysł, pławiący się w niepewności i niezadowoleniu, rozpoznał je z goryczą. Rozumiał doskonale, dlaczego doktor pragnie ocalić kopalnię San Tomé od zniszczenia. Bez niej był niczym. To było w jego interesie. Podobnie jak w interesie señora Decouda, blancos i Europejczyków było przeciągnąć jego cargadorów na swą stronę. Jego myśl zatrzymała się na Decoudzie. Co z nim się stało?
Przeciągające się milczenie Nostroma zaczęło niepokoić doktora. Zwrócił mu uwagę, całkiem zbytecznie, iż jakkolwiek na razie jest bezpieczny, to nie może bez końca żyć w ukryciu. Miał do wyboru albo podjąć się poselstwa do Barriosa, narażając się na trudy i niebezpieczeństwa, albo opuścić ukradkiem Sulaco w ubóstwie i bez chwały.
— Nikt z pańskich przyjaciół nie może teraz pana wynagrodzić ani ochraniać. Nawet sam don Carlos.
— Nie dbam o waszą opiekę ani o wasze nagrody. Chciałbym tylko, żeby można polegać na waszej odwadze i waszym rozsądku. Jeśli, jak pan powiada, powrócę w triumfie z Barriosem, mogę zastać wszystkich was martwych. Macie w tej chwili nóż na gardle.