Teraz z kolei zamilkł doktor, pogrążywszy się w rozmyślaniach nad okropnymi możliwościami.

— Cóż, ufamy pańskiej odwadze i pańskiemu rozsądkowi. Pan również ma nóż na gardle.

— Ach! A komuż to zawdzięczam? Czym jest dla mnie wasza polityka i wasze kopalnie, wasze srebro i wasze konstytucje, ten wasz don Carlos i don José, który...

— Nie wiem — wybuchnął doktor zrozpaczony. — Chodzi o narażonych na niebezpieczeństwo niewinnych ludzi, których mały palec więcej jest wart niż pan czy ja i wszyscy ribierzyści razem wzięci. Nie wiem! Powinien pan sam siebie zapytać, zanim dał się pan uwikłać w te sprawy Decoudowi. Powinien pan się zastanowić jak mężczyzna, a jeżeli pan się nie zastanowił, to niech pan teraz stara się działać jak mężczyzna. Czy pan sądzi, że Decoud bardzo się troszczył o to, co się z panem stanie?

— Nie bardziej niż teraz pan troszczy się o to, co się ze mną stanie — mruknął marynarz.

— Nie! O to, co pana czeka, troszczę się równie mało, jak o to, co czeka mnie samego.

— I to dlatego, że pan jest takim zapalonym ribierzystą? — zagadnął Nostromo z niedowierzaniem.

— Właśnie dlatego, że jestem takim zapamiętałym ribierzystą — powtórzył doktor Monygham gorzko.

I znów, patrząc w roztargnieniu na ciało señora Hirscha, Nostromo zamilkł, rozmyślając, iż doktor jest człowiekiem niebezpiecznym w więcej niż jednym znaczeniu. Niepodobna było mu ufać.

— Czy pan mówi w imieniu don Carlosa? — zapytał w końcu.