— Tak jest — odparł doktor głośno i bez wahania. — On teraz musi wystąpić. Musi... — dodał coś szeptem, którego Nostromo nie dosłyszał.

— Co pan mówi, señor?

Doktor drgnął.

— Mówię, że powinien pan pozostać wiernym sobie, capatazie. Zawieść obecnie byłoby rzeczą gorszą od szaleństwa.

— Pozostać wiernym sobie? — powtórzył Nostromo. — A skąd pan wie, czy nie byłbym wierny sobie, gdybym odesłał pana do diabła z pańskimi propozycjami?

— Nie wiem. Być może, iż ma pan ten zamiar — odpowiedział doktor szorstko, chcąc ukryć przygnębienie i załamanie się głosu. — Wiem tylko, iż lepiej by pan zrobił, gdyby się pan stąd oddalił. Mogą tu przyjść ludzie Sotilla, szukając mnie.

Odsunął się od stołu, nadsłuchując bacznie. Capataz powstał również.

— A gdybym pojechał do Cayty, to co by pan tymczasem robił? — zagadnął.

— Poszedłbym zaraz do Sotilla, gdy tylko by pan wyjechał, w sposób, który obmyśliłem.

— Doskonały sposób, jeżeli tylko naczelny inżynier na niego się zgodzi. A niech mu pan przypomni, że to ja opiekowałem się starym, bogatym Anglikiem, który płaci za kolej, i że ocaliłem od śmierci kilku jego ludzi, gdy szajka złodziei nadciągnęła z południa, by napaść jeden z jego pociągów. To ja z narażeniem życia odkryłem wszystko, udając, że gotów jestem z nimi współpracować. Jota w jotę tak samo, jak pan postępuje z Sotillem.