— No, tak. Rozumie się. Ale mam dla niego lepsze argumenty — rzekł doktor pospiesznie. — Niech mi pan to pozostawi.
— Ach, oczywiście! To prawda. Jestem niczym.
— Bynajmniej. Jest pan wszystkim.
Podeszli do drzwi. Nieboszczyk señor Hirsch pozostał za nimi w nieruchomej postawie lekceważonego człowieka.
— Będzie wszystko dobrze. Wiem, co powiedzieć inżynierowi — mówił dalej doktor półgłosem. — Trudniej mi pójdzie ze Sotillem.
I doktor Monygham zatrzymał się na chwilę w drzwiach, jak gdyby wystraszony tą trudnością. Uczynił już ofiarę ze swego życia, kiedy uznał, że zdarzyła się odpowiednia sposobność. Ale nie chciał go tracić zbyt wcześnie. Udając, że zdradził zaufanie don Carlosa, będzie w końcu musiał wskazać miejsce, gdzie ukryto skarb. Będzie to koniec jego podstępów i koniec jego samego w szponach rozwścieczonego pułkownika. Chodziło o to, by przewlekać i utrzymywać go w niepewności do ostatniej chwili. łamał więc sobie głowę nad wymyśleniem kryjówki, która by miała pozory prawdopodobieństwa i zarazem była trudno dostępna.
Zwierzył się ze swej troski Nostromowi i dorzucił:
— Wie pan co, capatazie? Myślę, że kiedy nadejdzie stosowna chwila i trzeba będzie wskazać jakieś miejsce, wymienię Wielką Izabelę. Nie mogę wymyślić nic lepszego. Co się stało?
Przytłumiony okrzyk wydarł się z ust Nostroma. Doktor czekał, zdumiony. Po chwili głębokiego milczenia usłyszał słowa:
— Kompletna głupota — wypowiedziane głuchym głosem i zakończone westchnieniem.