— To niedobrze dla niego. Powinna byś mu to odradzić, Lindo. Mnie nie posłucha.

— Nie powiem już nic, nigdy, nikomu! — krzyknęła Linda porywczo.

„To nie może dłużej trwać” — myślała Gizela. Giovanni musi ją zaraz zabrać, gdy tylko przyjdzie za następnym razem. Nie zniesie dłużej tych przerażających sytuacji, nawet za tyle srebra. Od rozmów z siostrą była chora. Nie budziła w niej niepokoju czujność ojca. Prosiła Nostroma, by nie tego wieczora przychodził pod okno. Przyrzekł, że tym razem nie przyjdzie. Nie wiedziała, nie mogła się domyślić ani sobie wyobrazić, żeby miał inne powody, które sprowadzały go na wyspę.

Linda poszła prosto na wieżę. Był już czas zapalić latarnię. Otworzyła małe drzwiczki i szła ciężko po krętych schodach, dźwigając swą miłość do wspaniałego capataza de cargadores jak coraz cięższe brzemię haniebnych kajdan. Nie, nie mogła ich zrzucić. Nie, niech Bóg rozstrzyga o tamtych dwojgu. I krzątając się po latarni, wypełnionej mrokiem i poświatą księżyca, ostrożnymi ruchami zapaliła lampę. Po czym opuściła ramiona wzdłuż ciała.

— A nasza matka patrzy na to — szeptała do siebie. — Własna siostra, ta chica.

Cały aparat refrakcyjny, ze swymi mosiężnymi częściami i obręczami pryzmatów, skrzył się i migotał jak kopulasta świątynia z brylantów, zawierająca nie lampę, lecz święty ogień, górujący nad oceanem. Zaś jego strażniczka, Linda, cała w czerni, z bladą twarzą, siedziała na niskim, drewnianym krzesełku, sama ze swą zazdrością, wyniesiona wysoko ponad hańby i namiętności ziemskie. Jakieś dziwne, szarpiące cierpienie, jak gdyby ktoś ciągnął ją brutalnie za ciemne włosy o brązowych poświatach, zmusiło ją, że podniosła dłonie do skroni. Spotkają się. Spotkają się. I wiedziała gdzie. Przy oknie. Pot udręki spływał kroplami po jej policzkach. Smuga światła księżycowego padająca na morze zamykała olbrzymią, srebrną sztabą wylot Zatoki Placido — tej posępnej pieczary, pełnej obłoków i ciszy, wykutej w opłukiwanym przypływami morskimi wybrzeżu.

Linda Viola powstała nagle, przyłożywszy palec do ust. Nie kochała ani siebie, ani swej siostry. Wszystko wydawało się zbyt bezcelowe, żeby mogło ją przerażać lub budzić jakąkolwiek nadzieję. Dlaczego jej nie zabrał? Co mu na przeszkadza? Niepodobna było go zrozumieć. Na co oni czekają? W jakim celu kłamią i oszukują? To nie chodziło o ich miłość. Nie o nią chodziło. Nadzieja, iż uda się jej odzyskać go dla siebie, zachwiała jej postanowieniem, że nie zejdzie z wieży tej nocy. Musi zaraz pomówić z ojcem, który jest mądry i ją zrozumie. Zbiegła po krętych schodach. Kiedy otwierała drzwi na dole, rozległ się huk pierwszego wystrzału, jaki kiedykolwiek padł na Wielkiej Izabeli.

Doznała wstrząsu, jak gdyby kula ugodziła ją w pierś. Biegła, nie zatrzymując się. W chacie było ciemno. Krzyknęła w drzwiach: — Gizelo, Gizelo! — po czym obiegła narożnik, nawołując siostrę przy otwartym oknie, ale nie otrzymała odpowiedzi. Kiedy jednak, pełna rozterki, zaczęła obiegać dom, Gizela wypadła z drzwi i przemknęła obok niej, biegnąc w milczeniu z rozwianymi włosami i oczyma utkwionymi przed siebie. Zdawała się zaledwie muskać stopami trawę i zniknęła.

Linda szła powoli, wyciągnąwszy ramiona przed siebie. Na wyspie zaległa cisza. Nie wiedziała, dokąd idzie. Drzewo, pod którym Martin Decoud spędził swe ostatnie dni, patrząc się na swe życie jak na szereg niepowiązanych obrazów, rzucało wielką plamę czarnego cienia na murawę. Nagle ujrzała ojca, stojącego spokojnie i samotnie w poświacie księżycowej.

Garibaldino, ogromny, wyprostowany, ze śnieżnobiałymi włosami i brodą, znieruchomiał w monumentalnej postawie, wsparty na strzelbie. Położyła mu lekko rękę na ramieniu. Nie poruszył się.