— Co uczyniłeś, ojcze? — spytała swym zwykłym głosem.
— Zastrzeliłem tego podłego Ramireza — odparł, kierując oczy w stronę miejsca, gdzie cień był najczarniejszy. — Przyszedł jak złodziej i zginął jak złodziej. Trzeba było dziecko ochronić.
Nie drgnął z miejsca, nie postąpił naprzód ani kroku. Stał zastygły i niewzruszony jak posąg starca strzegącego honoru swego domu. Linda zdjęła swą drżącą rękę z jego ramienia, krzepkiego i nieustępliwego jak kamień, i nie mówiąc ani słowa, weszła w czarną ciemność cienia. Ujrzała na ziemi kłąb bezładnych kształtów i stanęła jak wryta. Do jej uszu dotarł szept rozpaczy i wzmagające się łkanie.
— Błagałam cię, żebyś dzisiejszej nocy nie przychodził. Och, mój Giovanni! I przyrzekłeś. Och, dlaczego, dlaczego przyszedłeś, Giovanni?
Był to głos jej siostry. Urwał się rozdzierającym szlochem. Zaś głos dzielnego capataza de cargadores, pana i niewolnika skarbu z San Tomé, którego znienacka zaskoczył stary Giorgio, gdy przekradał się przez otwartą przestrzeń do wąwozu, by zabrać więcej srebra, odpowiedział z ziemi niedbale i chłodno, ale dziwnie słabo:
— Zdawało mi się, że nie przeżyję tej nocy, jeśli cię raz jeszcze nie zobaczę, moja gwiazdko, mój kwiatuszku!
*
Świetna tertulia właśnie się skończyła, ostatni goście odjechali, a señor administrador odszedł już do swego pokoju, gdy doktor Monygham, którego oczekiwano tego wieczora, ale który nie przybył, nadjechał przy świetle lamp elektrycznych po drewnianym bruku opustoszałej Calle de la Constitution i zastał wielką bramę Casa jeszcze otwartą.
Kulejąc, wszedł do domu, wspiął się na schody i trafił na moment, kiedy wymuskany, tłusty Basilio gasił właśnie światła w sali. Kwitnący majordomus otworzył usta na widok przybysza.
— Nie gaś światła — rozkazał doktor. — Chcę się widzieć z señorą.