Rozdział I
Wśród dobrych i złych kolei zmiennego losu walk, które don José określił zwrotem: „Los uczciwości narodowej waży się na szali”, koncesja Gouldów, to imperium in imperio, nie ustawała w swej pracy. Z grani górskich nadal skarby staczały się po drewnianych rynnach do niestrudzonych baterii stęporów, noc po nocy migotania świateł kopalni San Tomé rozwidniały głębokie, bezbrzeżne mroki Campo, a co trzy miesiące eskorta odstawiała transport srebra do portu, jak gdyby ani wojna, ani jej następstwa nie wywierały wpływu na starodawną Zachodnią Prowincję, ukrytą za wysoką zaporą Kordylierów. Walki toczyły się po drugiej stronie potężnego muru, utworzonego ze szczerbatych szczytów, wśród których królował biały tum Higueroty. Muru tego nie przebiła dotychczas kolej, z której wykonano tylko pierwszą, łatwiejszą część, przebiegającą przez równinne Campo od Sulaco do doliny Ivia u podnóża przełęczy. Również linia telegraficzna jeszcze nie przekroczyła gór; jej wysmukłe słupy, sterczące niby tyki miernicze na równinie, wnikały w leśne obrzeża na zboczach gór przeciętych głębokim wąwozem drogi jezdnej, zaś druty telegraficzne kończyły się nagle w obozowisku konstruktorów, na białej powierzchni stołu dźwigającego aparat Morse’a i umieszczonego w podłużnej chacie, skleconej z bali i przykrytej dachem z blachy falistej. Olbrzymie cedry ocieniały tę chatę, która była zarazem mieszkaniem inżyniera kierującego dalszymi robotami.
Port również był czynny, gdyż dowożono materiały kolejowe i odbywały się ruchy wojsk wzdłuż wybrzeża. Flota T.O.Ż.P. pracowała bez wytchnienia. Costaguana nie miała marynarki i prócz kilku kutrów, które pełniły służbę strażniczą wzdłuż wybrzeża, państwo to posiadało zaledwie parę starych parowców handlowych używanych do przewozu towarów.
Kapitan Mitchell, który coraz silniej utwierdzał się w przeświadczeniu, że zagłębia się w historię, zawsze znajdował czas, by zajść po południu na godzinkę do salonu Casa Gould, gdzie z dziwną nieświadomością sił, które rzeczywiście działały wokół niego, wyrażał zadowolenie, iż może odetchnąć od zamętu spraw. Oświadczał, iż nie wiedziałby, co począć bez nieocenionego Nostroma. Zwierzał się pani Gould, iż zawikłane stosunki polityczne Costaguany przysparzały mu więcej roboty, niżeli przewidywał.
Don José Avellanos oddał na usługi zagrożonego rządu Ribiery swą działalność organizacyjną i swą wymowę, której echa dotarły nawet do Europy. Odkąd bowiem rząd Ribiery zaciągnął nową pożyczkę, Europa zaczęła zajmować się Costaguaną. Sala Zgromadzenia Prowincjonalnego (w ratuszu miasta Sulaco), ozdobiona portretami wyzwolicieli oraz starożytną chorągwią Corteza141 przechowywaną za szkłem nad krzesłem prezydenta, słyszała wszystkie te przemówienia. Najwcześniejsze z nich zawierało namiętne oświadczenie, że „militaryzm jest wrogiem”; w drugim, wygłoszonym z związku z głosowaniem nad utworzeniem drugiego pułku w Sulaco w celu obrony rządu naczelnego, rządu reform, padły słynne słowa o „wahającej się szali”. Kiedy prowincje rozwinęły znów swe dawne sztandary (prześladowane za czasów Guzmana Bento), miała znów miejsce wielka przemowa, w której don José składał hołd tym prastarym godłom wojny o niepodległość, podźwigniętym znów w imię nowych ideałów. Dawna idea federalizmu zanikła. Zapewniał, iż nie zamierza wskrzeszać starych doktryn politycznych. Były przemijające. Zamarły. Ale zasada rzetelności politycznej jest nieśmiertelna. Drugi pułk z Sulaco, któremu powierzał teraz ten sztandar, dowiedzie swej mocy w obronie porządku, pokoju, postępu. Niechaj dziełem jego będzie utrwalenie godności narodowej, bez której — jak oświadczał z naciskiem — „będziemy tylko wyrzutkiem i pośmiewiskiem wśród mocarstw świata”.
Don José kochał swą ojczyznę. Pełniąc służbę dyplomatyczną, nie szczędził dla niej swego mienia, zaś słuchaczom jego dobrze znane były dzieje jego uwięzienia i barbarzyńskiej poniewierki, jakiej doznał za czasów Guzmana Bento. Było to istnym cudem, że nie padł ofiarą krwiożerczych i doraźnych sądów, które znamionowały tę tyranię. Bowiem Guzman rządził krajem z posępną tępotą fanatyzmu politycznego. Władza najwyższa stała się dla jego ograniczonego umysłu przedmiotem osobliwszego bałwochwalstwa, jak gdyby była jakimś okrutnym bóstwem. Ucieleśniała się w nim samym, zaś jego przeciwnicy, federaliści, byli najgorszymi grzesznikami, przedmiotami nienawiści, odrazy i lęku, podobnie jak dla zaciekłego inkwizytora bywali heretycy. Przez długie lata wlókł za swymi wojskami po całym kraju niewolny tłum takich ohydnych zbrodniarzy, którzy uważali za największe nieszczęście, iż nie stracono ich na miejscu. Była to wciąż zmniejszająca się gromada niemal nagich szkieletów, obarczonych kajdanami, okrytych brudem, robactwem i niewygojonymi ranami, a należeli do niej ludzie wybitni, wykształceni i bogaci, którzy nauczyli się walczyć między sobą o ochłapy mięsiwa rzucane im przez żołnierzy lub potrafili żałośnie błagać kucharza Murzyna o łyk mętnej wody. Podzwaniając wśród innych swymi łańcuchami, don José Avellanos zdawał się istnieć jedynie po to, by dowieść, ile głodu, męki, poniżenia i okrutnych tortur może znieść ciało ludzkie, a mimo to nie wyzionąć ducha. Niekiedy poddawano ich śledztwu, przy pomocy bardzo prymitywnych tortur, zarządzanych przez komisje oficerskie. Zbierały się one naprędce w chatach z chrustu i gałęzi i były nieubłagane, gdyż ich członkowie drżeli o własne życie. Zdarzało się, iż jednego lub dwu szczęśliwców spośród tego widmowego grona więźniów odprowadzano chwiejących się za pobliskie krzaki i przekazywano do rozstrzelania żołnierzom.
Zawsze towarzyszył im kapelan wojskowy, nieogolony brudas z szablą u boku i małym krzyżykiem wyhaftowanym białą bawełną po lewej stronie oficerskiej bluzy. Szedł za nimi z papierosem w ustach i drewnianym stołeczkiem w ręce, by wysłuchać spowiedzi i dać rozgrzeszenie. Bowiem Obywatel Zbawca Ojczyzny (jak urzędowo tytułowano Guzmana Bento w zanoszonych do niego prośbach) nie był przeciwnikiem rozsądnej łaskawości. Rozlegał się nieregularny łoskot wystrzałów, po którym niekiedy następował jeszcze pojedynczy strzał ostateczny. Nad zielonymi chaszczami wzbijał się błękitnawy obłoczek dymu i armia pacyfikacyjna wyruszała w dalszy pochód przez lasy i sawanny, przeprawiając się przez rzeki, napadając sielskie pueblos, pustosząc haciendas znienawidzonych arystokratów, zalewając w poczuciu patriotycznego posłannictwa ustronne miasta i pozostawiając za sobą zjednoczony kraj, w którym poprzez dymy palących się domów i wyziewy rozlanej krwi niepodobna już było dostrzec zgubnej zmazy federalizmu.
Don José Avellanos przetrwał te czasy.
Być może, iż wydając pogardliwie rozkaz, aby go uwolniono, Obywatel Zbawca Ojczyzny miał przeświadczenie, iż ten zatracony arystokrata jest już nazbyt złamany na duchu, ciele i mieniu, żeby mógł być niebezpieczny. A może był to tylko zwykły kaprys. Guzman Bento, zazwyczaj pełen urojonych obaw i nurtujących podejrzeń, miewał nagłe przystępy nieuzasadnionej niczym wiary w siebie, kiedy mu się zdawało, iż stanął u szczytu potęgi i bezpieczeństwa, gdzie go już nie mogły dosięgnąć zamachy śmiertelnych spiskowców. W takich chwilach popędliwie nakazywał uroczyste msze dziękczynne, które w kościele katedralnym Santa Marta odprawiał wśród śpiewów i z wielką okazałością drżący przed nim arcybiskup, będący jego powolnym narzędziem. Słuchał ich, siedząc w złoconym fotelu przed wielkim ołtarzem, wśród orszaku cywilnych i wojskowych dostojników swego rządu. Nieurzędowy świat Santa Marta napływał do katedry, gdyż dla osób wybitniejszych nie było zgoła rzeczą bezpieczną trzymać się z dala od tych objawów bogobojności prezydenckiej. Oddawszy w ten sposób hołd jedynej mocy, którą uważał za wyższą od swojej, nie szczędził aktów łaski, które miały charakter rozpasanej złośliwie łaskawości. Chcąc dopełnić miary swojej potęgi, zapragnął zobaczyć, jak jego zmiażdżeni przeciwnicy będą wypełzali bezsilnie na światło dzienne z mroku ohydnych cel więziennych w Collegio. Jego nienasycona próżność rozkoszowała się ich niemocą, a zawsze było można uwięzić ich ponownie. Było zasadą, iż wszystkie kobiety z ich rodzin musiały później składać podziękowania na osobnych posłuchaniach. Uosobienie dziwnego bóstwa, zwanego El Gobierno Supremo142, przyjmowało je, stojąc, w kapeluszu z pióropuszem na głowie. Groźnym bełkotem nawoływał je do wdzięczności; niechaj jej dowiodą, wychowując swą dziatwę w wierności dla demokratycznej formy rządu, „którą zaprowadziłem dla dobra naszej ojczyzny”. Miał wymowę niewyraźną i bełkotliwą, gdyż utracił przednie zęby w jakimś wypadku, kiedy był jeszcze pastuchem. Zapewniał, iż pracuje sam jeden dla Costaguany, wśród przeciwności i zdrady. Ale niechaj to wreszcie ustanie, bo w końcu znudzi się mu przebaczać!
Don José Avellanos doświadczył na sobie tego przebaczenia.