Jego zdrowie i majątek były dostatecznie nadwątlone, by rozradować oczy najwyższego naczelnika ustroju demokratycznego. Usunął się do Sulaco. Jego żona miała majątek ziemski w tej prowincji i roznieciła w nim znów iskrę życia, gdy powrócił z domu śmierci i niewoli. Kiedy umarła, ich jedyna córka była już w tym wieku, że mogła zaopiekować się „biednym tatusiem”.

Panna Avellanos urodziła się w Europie i po części wychowała się w Anglii. Była to dziewczyna smukła i poważna, o powściągliwym usposobieniu. Miała szerokie, białe czoło, gęste kasztanowe włosy i błękitne oczy.

Inne młode panny z Sulaco podziwiały jej charakter i wytworność. Uchodziła za niezmiernie wykształconą i stateczną. Duma była u niej cechą dziedziczną, wiedziano bowiem powszechnie, iż wszyscy Corbelanowie byli dumni, a matka jej pochodziła z tego rodu. Don José Avellanos bezgranicznie polegał na przywiązaniu swej ukochanej Antonii. Przyjmował je z zamroczeniem ludzi, którzy chociaż stworzeni na podobieństwo boskie, stają się bezdusznymi, kamiennymi bożyszczami, gdy poczują dymy całopaleń na ich cześć. Był zniszczony pod każdym względem, ale człowiek opanowany przez namiętność nie jest jeszcze bankrutem życiowym. Don José Avellanos pożądał dla swej ojczyzny pokoju, pomyślności i (jak się wyraził w zakończeniu swej przedmowy do Pięćdziesięciu lat nierządu) „zaszczytnego miejsca w gronie cywilizowanych narodów”. W tym ostatnim zwrocie przejawia się bez osłonek patriotyzm ministra pełnomocnego, upokarzanego haniebnie nierzetelnością swego rządu w stosunku do zobowiązań zaciąganych u cudzoziemców.

Niedorzeczne starcia żarłocznych klik, które nastąpiły po tyranii Guzmana Bento, zdawały się otwierać wrota sposobności jego pragnieniom. Był zbyt stary, by wstąpić osobiście na arenę w Santa Marta. Ale ludzie, którzy tam działali, zasięgali jego wskazówek na każdym kroku. Sam był zdania, iż najpożyteczniejszy będzie mógł być na odległość, z Sulaco. Jego nazwisko, jego stosunki, jego dawniejsze stanowisko, jego doświadczenie nakazywały poszanowanie ludziom z jego obozu. Do zwiększenia jego wpływów przyczyniło się odkrycie, iż ten człowiek, znoszący z godnością ubóstwo w domu, który niegdyś był miejską siedzibą Corbelanów (naprzeciwko Casa Gould), może rozporządzać środkami materialnymi dla poparcia słusznej sprawy. Jego list otwarty rozstrzygnął o kandydaturze don Vincenta Ribiery na prezydenta. Inny z tych nieformalnych dokumentów państwowych, skreślonych przez don Joségo (tym razem w formie petycji od Zachodniej Prowincji), skłonił tego skrupulatnego stróża konstytucji do przyjęcia pełnomocnictw nadzwyczajnych, których na pięć lat udzielono mu przygniatającą większością głosów na posiedzeniu kongresu w Santa Marta. Było to upoważnienie wyjątkowe, celem utrwalenia pomyślności narodowej na podstawie trwałego pokoju w kraju oraz odzyskania zaufania za granicą, do czego miało posłużyć zaspokojenie wszystkich słusznych jej żądań.

Wiadomości o tym głosowaniu dotarły do Sulaco pewnego popołudnia zwykłą drogą okrężną przez Caytę, skąd następnie przywiózł je parowiec. Don José, który oczekiwał poczty w salonie Gouldów, zerwał się z fotela na biegunach, przy czym kapelusz spadł mu z kolan na ziemię. Oniemiały z radości, zaczął trzeć obiema dłońmi swą srebrzystą, krótką czuprynę.

— Emilio, moja duszyczko — parsknął w końcu — pozwól, że cię uściskam! Pozwól mi...

Kapitan Mitchell, gdyby był przy tym obecny, byłby niewątpliwie w porę napomknął o brzasku nowej ery, ale don Joségo zawiodła tym razem jego wymowa, jeżeli nawet przyszło mu na myśl coś podobnego. Pod duchowym sprawcą odrodzenia stronnictwa blancos ugięły się nogi. Pani Gould podbiegła ku niemu śpiesznie i podając z uśmiechem policzek swemu staremu przyjacielowi, udzieliła mu zarazem przezornie pomocy swego ramienia, której istotnie potrzebował.

Don José odzyskał zrazu panowanie nad sobą, ale przez jakiś czas nie mógł zdobyć się na nic innego prócz niewyraźnie bełkotanych słów: „Och, wy patrioci, moi patrioci!” — przy czym wodził kolejno wzrokiem po obojgu. Niejasne pomysły nowego dzieła historycznego, które zbożnej pamięci przyszłych pokoleń przekazałoby cały ogrom ofiar poniesionych dla odrodzenia umiłowanej ojczyzny, zaświtały mu w głowie. Był historykiem, który miał dość wzniosłości ducha, by napisać o Guzmanie Bento: „Jednak ten potwór, zbluzgany krwią swych ziomków, nie zasługuje na bezwzględne potępienie potomności. Zdaje się, iż naprawdę kochał swą ojczyznę. Dał jej dwanaście lat spokoju. Żył i umarł w ubóstwie, chociaż był samowładnym panem życia i mienia swych współobywateli. Być może, iż najgorszą jego wadą nie była dzikość, lecz niewiedza”. Otóż człowiek, który w ten sposób wyraził się o swym okrutnym prześladowcy (ustęp ten znajduje się w Historii nierządu), zapałał w przededniu swego powodzenia bezmierną niemal czułością do tych dwojga swoich pomocników, do tej młodej pary zza morza.

Podobnie jak przed laty Henry Gould stanął spokojnie do boju z bronią w ręce, przeświadczony o konieczności praktycznej, silniejszej od wszelkich abstrakcyjnych doktryn politycznych, tak samo obecnie, kiedy czasy się zmieniły, Charles Gould rzucił srebro kopalni San Tomé na szale walki. Ingles z Sulaco, „Anglik costaguański” w trzecim pokoleniu, równie był daleki od matactw politycznych, jak jego wuj od kuglarstwa rewolucyjnego. Czyny ich były wyrozumowane, a wynikały z instynktownej prawości ich natur. Nadarzyła się sposobność, więc ujęli broń w ręce.

Stanowisko Charlesa Goulda, stanowisko kierownicze w głębi tych wysiłków, zmierzających do zapewnienia pokoju i rozbudzenia zaufania do republiki, było jasno określone. Z początku musiał przystosowywać się do istniejącego stanu zepsucia, tak naiwnie bezczelnego, iż mogło rozbroić nienawiść człowieka dość odważnego, by nie lękać się jego nieodpowiedzialnej mocy, zdolnej przyprawić o zgubę wszystko, co się z nią zetknęło. Wydawało się mu zbyt nikczemne, żeby mogło zasługiwać bodaj na odruch gorętszego uniesienia. Wykorzystywał je z chłodną, nieulęknioną wzgardą, która objawiała się raczej niż ukrywała pod formami zakamieniałej poprawności, umniejszającej wielce hańbę położenia. Być może, iż cierpiał z tego powodu w głębi duszy, gdyż był niezdolny do tchórzliwych urojeń, ale nie chciał wdawać się ze swą żoną w rozmowy o poglądach etycznych. Ufał, iż aczkolwiek nieco rozczarowana, zdobędzie się przecież na tyle inteligencji, iż pojmie, że jego charakter stanowi nie mniejszą, a nawet większą ich istnień rękojmię od jego obrotności. Nadzwyczajny rozwój kopalni dał mu do ręki wielką potęgę. Poczucie, iż ta pomyślność będzie zawsze zdana na łaskę głupiej łapczywości, napełniało go gniewem. Dla pani Gould było to upokorzeniem. W każdym jednak razie groziło niebezpieczeństwem. W poufnej korespondencji wymienianej między Charlesem Gouldem, królem Sulaco, a naczelnym kierownikiem wielkich przedsiębiorstw srebra i stali, działającym w dalekiej Kalifornii, coraz wyraźniej zaznaczało się przeświadczenie, iż wszelkie wysiłki podejmowane przez ludzi światłych i prawych powinny być potajemnie popierane. „Proszę powiedzieć swemu przyjacielowi, Avellanosowi, że takie jest moje zdanie”. Mr. Holroyd napisał te słowa we właściwej chwili ze swego nietykalnego przybytku w jedenastopiętrowym warsztacie wielkich interesów. Wkrótce potem dzięki kredytowi otwartego w Third Southern Bank (który mieścił się w budynku sąsiadującym z gmachem Holroyda) stronnictwo ribierzystów w Costaguanie przybrało realny kształt pod nadzorem zawiadowcy kopalni San Tomé. Toteż don José, dziedziczny przyjaciel rodu Gouldów, mógł powiedzieć: „Być może, mój drogi Carlosie, iż wiara moja nie poszła na marne”.