— Dziennikarz powinien wyczuwać tętno ludu, a ten człowiek jest jednym z przywódców pospólstwa. Dziennikarz powinien znać ludzi niezwykłych, a ten człowiek jest na swój sposób niezwykły.
— Zapewne — rzekła Antonia w zamyśleniu. — Wiadomo powszechnie, iż ten Włoch wywiera wielki wpływ.
Jeździec ich minął, mignęły w mgławej poświacie połyskliwe blachy uprzęży, wielkie, błyszczące strzemiona oraz długie srebrne ostrogi. Ale przelotne muśnięcie żółtawego światła ześliznęło się bezsilnie po ciemnej tajemniczej postaci, której oblicze nikło zupełnie pod wielkim sombrerem.
Decoud i Antonia stali wciąż jeszcze oparci o poręcz balkonu, tak blisko siebie, iż dotykali się niemal łokciami. Ich pochylone głowy nurzały się w ciemności ulicznej, a za nimi jarzyła się oświecona jasna sala. To tête à tête190 było w najwyższym stopniu zdrożne i na całym obszarze republiki zdolna była do niego tylko ta niezwykła Antonia, biedna, osierocona dziewczyna, którą nikt się nie opiekował, której niedbały ojciec dbał tylko o wykształcenie. Nawet Decoud doznawał wrażenia, iż osiągnął więcej, aniżeli mógł się spodziewać przed... zakończeniem rewolucji, kiedy wreszcie będzie mógł zabrać ją ze sobą do Europy, wyrwać ją z tego nieskończonego zamętu wojen domowych, których niedorzeczność była bodaj przykrzejsza od hańby. Oto po jednym Montero pojawi się na pewno inny, jemu podobny; wśród ludności najprzeróżniejszego pochodzenia i zabarwienia skóry będzie dalej szalało bezprawie, barbarzyństwo i nieunikniona tyrania. Wielki wyzwoliciel, Bolivar, słusznie rzekł z głębi swej rozgoryczonej duszy: „Ameryką rządzić niepodobna. Ci, co pracowali dla jej niepodległości, orali morze”. Zaś on sam oświadczał bez ogródek, iż nie dba o ojczyznę. Przy każdej sposobności powiadał Antonii otwarcie, że nie jest patriotą, chociaż udało się jej uczynić z niego dziennikarza, który oddał swe pióro na usługi blancos. Przede wszystkim samo pojęcie patriotyzmu nie ma sensu dla umysłów światłych, dla których ciasnota wszelkich przekonań ideologicznych jest nie do zniesienia; po wtóre pojęcie to sponiewierano beznadziejnie w nieustannych zamieszkach w tym nieszczęsnym kraju. Stało się ono hasłem ciemnego barbarzyństwa, osłoną bezprawia, zbrodni, grabieży i pospolitego złodziejstwa.
Dziwiła go płomienność własnej wymowy. Nie potrzebował przyciszać głosu, gdyż przez cały czas mówił cicho, szeptem, zatracającym się wśród milczenia mrocznych domów, których okiennice w Sulaco zamyka się wcześnie z obawy przed nocnym powietrzem. Jedynie salon w Casa Gould rzucał wyzywający blask ze swych czterech okien, jasne snopy światła wśród głuchego mroku ulicy. Po krótkiej chwili rozległ się znowu na małym balkonie szmer głosów.
— Pracujemy, żeby to zmienić — przeczyła mu Antonia. — To jest naszym pragnieniem. To jest naszym zadaniem. Na tym polega wielkość sprawy. Zaś w owym pojęciu, którym pan pomiata, zawarł się ogrom poświęcenia, męstwa, stałości, cierpienia. Mój ojciec, który...
— Orze tonie morskie — przerwał Decoud, spoglądając w dół.
Zadudniły pod nimi śpieszne, ciężkie kroki.
— Wuj pani, wikariusz generalny191, wszedł właśnie do bramy — objaśnił Decoud. — Odprawił mszę dla wojska na plaza dziś rano. Czy wie pani, że zbudowano dla niego ołtarz z bębnów? I że wyniesiono z kościoła wszystkie pomalowane drewna, żeby się przewietrzyły? Wszyscy drewniani święci stali jak żołnierze w szeregu u podnóża wielkich schodów. Wyglądali niby wspaniały orszak towarzyszący wielkiemu wikariuszowi. Przyglądałem się temu uroczystemu obrzędowi z okien „Porveniru”. Pani wuj, ostatni z Corbelanów, jest zdumiewający. Skrzył się w swym ornacie z krzyżem ze szkarłatnego aksamitu na plecach. Tymczasem nasz zbawca, Barrios, siedział w klubie „Amarilla” przy otwartym oknie i popijał poncz. To esprit fort192, ten nasz Barrios. Spodziewałem się, iż wuj pani ciśnie lada chwila klątwą w to przysłonięte czarnym płatkiem oko, które wyzierało z okna po drugiej stronie plaza. Ale nie. W końcu wojsko odmaszerowało. Barrios raczył wreszcie zejść na dół z kilkoma oficerami i rozmawiając, stał na skraju chodnika w porozpinanym mundurze. Nagle u drzwi katedry ukazał się wuj pani, już nie w skrzących szatach, lecz w czerni. Jak zwykle, wyglądał groźnie, niby jakiś duch pomsty. Spojrzał, podszedł wielkimi krokami ku oficerom i uprowadził generała, wziąwszy go pod ramię. Wodził go jakiś kwadrans w cieniu kościoła. Ani na chwilę nie puszczał go od siebie, mówiąc bez przerwy gorączkowo i gestykulując swym długim, czarnym ramieniem. Było to ciekawe widowisko. Oficerowie jakby osłupieli ze zdumienia. Niezwykły człowiek, ten pani wuj misjonarz. Nienawidzi bardziej heretyka niż bezbożnika, a stokroć woli poganina od bezbożnika. Czy pani wie, iż raczy niekiedy nazywać mnie poganinem?
Antonia słuchała, przełożywszy ręce przez balustradę. Dłonie jej otwierały i zamykały z wolna wachlarz. Decoud mówił nieco nerwowo, jak gdyby się obawiał, iż odejdzie od niego, jeśli przestanie mówić. Ich częściowe odosobnienie, tkliwe poczucie zbliżenia, lekkie zetknięcie ich ramion napawały go błogością. W jego ironicznym szepcie odzywała się niekiedy słodycz czułości.