— Umiem cenić nawet najniklejszą oznakę łaskawości ze strony pani krewnych. A przy tym może on mnie rozumie. Bo ja znam padre Corbelana. Godność polityczna, sprawiedliwość, uczciwość polega w jego pojęciu na zwrocie dóbr zabranych Kościołowi. Nic innego nie zdołałoby skłonić go do powrotu z puszcz, gdzie nawracał zapamiętale dzikich Indian! Ta zawodna nadzieja skłoniła go do pracy na rzecz ribierzystów. Gdyby znalazł zwolenników, to dla tej sprawy sam byłby gotów wywołać pronunciamento przeciw każdemu rządowi. Co też myśli o tym don Carlos Gould? Ale któż odgadnie jego myśli za tą nieprzeniknioną angielską skrytością? Najprawdopodobniej nie obchodzi go nic poza jego kopalnią, jego imperium in imperio. Jeżeli zaś chodzi o panią Gould, to ona myśli o swych szkołach, o swych szpitalach, o matkach z drobnymi dziećmi i o wszystkich chorych starcach w trzech wioskach górniczych. Gdyby pani odwróciła teraz głowę, to na pewno zobaczyłaby pani, iż albo odbiera raport od tego zakazanego doktora w kraciastej koszuli, jakże on się nazywa? Ach, prawda, Monygham, albo wypytuje don Pépégo albo też słucha padre Romana. Wszyscy oni są dziś tutaj, zeszli się wszyscy ministrowie jej państwa. Uczuciowa z niej kobieta, a don Carlos jest może uczuciowym mężczyzną. To jedna z cech angielskiego zdrowego rozsądku, by nie myśleć za wiele i dbać tylko o to, co można praktycznie zużytkować w danej chwili. To ludzie niepodobni do nas. Nie mamy politycznego rozumu; miewamy tylko polityczne namiętności, i to niekiedy. Czym jest przekonanie? Swoistym wyrazem naszych osobistych korzyści, bądź to praktycznych, bądź też uczuciowych. Nie jest się za darmo patriotą. Na tym słowie nieźle się wychodzi. Ale ja patrzę jasno i nie mam prawa go używać, mówiąc do pani. Nie mam złudzeń patriotycznych. Mam tylko najwyższe złudzenie — człowieka zakochanego.
Zamilkł, po czym szepnął niemal bezgłośnie:
— Które może zaprowadzić bardzo daleko.
Wzmagający się za ich plecami gwar głosów był oznaką, iż nastała chwila przypływu politycznego, który raz na dwadzieścia cztery godziny zwykł był przelewać się wzdętą falą przez salon Gouldów. Napływali goście pojedynczo, dwójkami, trójkami: wyżsi urzędnicy prowincjonalni i ogorzali inżynierowie kolejowi. Wśród ich młodych, czerstwych twarzy widniała szpakowata głowa ich zwierzchnika, który uśmiechał się z lekko żartobliwą pobłażliwością. Scarfe, miłośnik fandango193, wymknął się już, poszukując, gdzie by można zatańczyć, chociażby mu wypadło iść na krańce miasta. Don Juste Lopez, odwiózłszy córki do domu, wszedł uroczyście, mając na sobie czarny, pognieciony surdut, pozapinany aż pod bujną, ciemną brodę. Nieliczni członkowie Zgromadzenia Prowincjonalnego skupili się zaraz dokoła swego prezesa i zaczęli omawiać nowiny z pola walki oraz najnowszą proklamację buntowniczego Montera, nikczemnego Montera, który w imieniu „płonącej słusznym oburzeniem demokracji” wzywał wszystkie Zgromadzenia Prowincjonalne republiki, by zaprzestały posiedzeń aż do chwili, kiedy jego miecz zapewni spokój i będzie można zasięgnąć zdania ludu. Praktycznie było to wezwanie do rozwiązania Zgromadzeń. Co za niesłychane zuchwalstwo tego podłego szaleńca!
Garstka posłów stojących za Josém Avellanosem zakipiała oburzeniem. Don José podniósł głos i zawołał do nich przez wysokie oparcie swego fotela:
— Sulaco dało odpowiedź, wysyłając dziś armię, która uderzy na niego od skrzydła. Gdyby wszystkie inne prowincje dowiodły bodaj w części patriotyzmu, który ożywia nas, obywateli z Zachodu...
Burza okrzyków zagłuszyła rozedrgany głos człowieka, który był życiem i duszą swego stronnictwa. — Tak jest? To prawda! To wielka prawda! Sulaco stanęło na czele, jak zawsze! — zahuczał pochwalny zgiełk; wiekopomny dzień rozbudził otuchę wśród tych caballeros z Campo, troszczących się o swe łany, o swe trzody, o bezpieczeństwo swoich rodzin. Wszystko rzucono na szalę...
— Nie! To niepodobna, żeby Montero zwyciężył! Ten zbrodniarz, ten bezwstydny Indio! — Wrzawa nie przycichała. Wszystkie spojrzenia zwróciły się ku gromadce, wśród której don Juste przybrał wyraz tak bezstronny i uroczysty, jak gdyby przewodniczył posiedzeniu Zgromadzenia Prowincjonalnego.
Decoud odwrócił się i oparłszy się plecami o balustradę, wrzasnął na cały głos do wnętrza sali: — Gran’ bestia!
Pod wpływem tego nieoczekiwanego okrzyku zgiełk ucichł. W oczach, które podążyły za nim w stronę okna, błysnęło przychylne oczekiwanie. Ale Decoud zdążył już odwrócić się od salonu i stał znów pochylony nad cichą ulicą.