— Oto najistotniejsza treść mojej działalności publicznej. Oto najdosadniejszy jej argument! — przemówił do Antonii. — Wynalazłem to określenie, to hasło wielkiej sprawy. Ale nie jestem patriotą. Nie jestem nim tak samo, jak capataz de cargadores, ten genueńczyk, który tak wiele uczynił dla tego portu i stał się czynnym pracownikiem w materialnej dziedzinie naszego rozwoju. Słyszała pani, jak kapitan Mitchell nieustannie się zwierza, iż odkąd znalazł tego człowieka, sam nie wie, jak długo trwa wyładowanie okrętu? To jest ze szkodą dla postępu. Widziała go pani, jak mijał nas po pracowicie spędzonym dniu na swej słynnej klaczy. Pojechał bałamucić dziewczęta w salonach, gdzie tańczy się na ubitej ziemi. Szczęśliwy z niego człowiek! Jego praca polega na oddziaływaniu potężnej indywidualności, jego zabawa na przyjmowaniu oznak bezgranicznego uwielbienia. A on to lubi! Czyż można być szczęśliwszym? Być przedmiotem lęku i podziwu jest...
— Czy to szczyt pańskich dążeń? — przerwała Antonia.
— Mówiłem o człowieku tego pokroju — odparł Decoud krótko. — Bohaterów podziwiano i lękano się. Czegóż mu więcej trzeba?
Decoud czuł nieraz, iż właściwy mu nawyk ironicznego myślenia kruszy się, rozbity o powagę Antonii. Irytowała go wtedy, jak gdyby i ona uległa tej niepojętej, kobiecej tępocie, która tak często bywa przeszkodą między mężczyzną a kobietą pospolitej miary. Ale od razu powściągnął rozdrażnienie. Nie przychodziło mu na myśl, by uważać Antonię za naturę pospolitą, aczkolwiek jego sceptycyzm nawet o nim samym wydał takie orzeczenie. Z drżeniem przejmującej czułości w głosie zapewnił, iż jedynym jego dążeniem jest szczęście tak bezmierne, iż wydaje się niemal niemożliwe do osiągnięcia na tej ziemi.
Zarumieniła się niedostrzegalnie i ogarnął ją płomień, którego niezdolne już były przytłumić powiewy Sierry, jak gdyby postradały swe chłodzące moce w nagłym topnieniu śniegów. Nie było to następstwem jego szeptu, chociaż w głosie jego było tyle żaru, iż roztajałoby nawet serce z lodu. Antonia odwróciła się nagle, jak gdyby chciała szmer jego zaklęć unieść w głąb salonu, pełnego świateł i rozgwaru głosów.
Przypływ rozważań politycznych wezbrał wysoko wśród czterech ścian wielkiej sali, jak gdyby wzdęty nad miarę potężnym podmuchem nadziei. Roztaczająca się na kształt wachlarza broda don Juste’a wciąż jeszcze była ośrodkiem głośnych, ożywionych rozmów. Ze wszystkich głosów rozbrzmiewała ufność we własne siły. Nawet nieliczni Europejczycy, zebrani dokoła Charlesa Goulda — jeden Duńczyk, dwu Francuzów oraz rozsądny, gruby Niemiec, który uśmiechał się, nie podnosząc oczu — nawet wszyscy ci przedstawiciele materialnych interesów, zapuszczających korzenie w Sulaco pod możną opieką kopalni San Tomé, wnieśli do swego wielkiego poważania odrobinę dobrego humoru. Charles Gould, któremu starali się przypodobać, był widomym symbolem stałości, jaką można osiągnąć na grząskim gruncie rewolucji. Zaczęli znów patrzeć z otuchą na swe różnorodne przedsiębiorstwa. Jeden z Francuzów, drobny, czarny, o skrzących oczach, ginących w ogromnej gęstwie kudłatej brody, wymachiwał chuderlawymi, śniadymi rękami o wątłych przegubach. Pracował w głębi kraju dla pewnego syndykatu kapitalistów europejskich. Jego wymuszone „monsieur l’administrateur” przenikliwie rozlegało się co chwila wśród nieustającego rozgwaru. Opowiadał o swych odkryciach. Był wniebowzięty. Charles Gould spoglądał na niego uprzejmie.
Podczas takich koniecznych przyjęć pani Gould miała zwyczaj w pewnej chwili usuwać się do przeznaczonego wyłącznie dla siebie saloniku, który znajdował się tuż obok wielkiej sali. Powstała właśnie i czekając na Antonię, słuchała z wyrazem nieco roztargnionego wdzięku naczelnego inżyniera kolejowego, który pochyliwszy się nad nią, opowiadał powoli i bez najlżejszego gestu coś, co zapewne miało być zabawne, gdyż mrugał przy tym jowialnie oczyma. Antonia, zanim weszła do salonu, by przyłączyć się do pani Gould, na jedno mgnienie odwróciła przez ramię głowę ku Decoudowi.
— Dlaczego ktokolwiek z nas miałby sądzić, że jego dążenia nie dadzą się urzeczywistnić? — spytała pośpiesznie.
— Nie wyrzeknę się swoich do ostatka, Antonio! — odpowiedział przez zaciśnięte zęby, po czym skłonił się nisko i nieco z daleka.
Naczelny inżynier nie zdążył ukończyć jeszcze swej zabawnej opowieści. Komiczne sytuacje związane z budową kolei w Ameryce Południowej przemawiały do jego bystrego postrzegania absurdów, toteż wybierał bardzo trafnie przykłady ciemnych przesądów i ciemnej przebiegłości. Nie opuścił pań, kiedy wychodziły z salonu, idąc obok pani Gould, która zaczęła go słuchać z niepodzielną uwagą. Ostatecznie we trójkę wyszli niepostrzeżenie przez oszklone drzwi korytarza. Jedynie rosły duchowny, który kroczył w milczeniu wśród wrzawy salonu, zerknął ukradkiem za nimi. Ojciec Corbelan, którego Decoud zauważył z balkonu, kiedy wchodził do bramy Casa Gould, nie przemówił jeszcze do nikogo. Długa, skromna sutanna uwydatniała smukłość jego postaci. Idąc, wysuwał naprzód swą potężną pierś. Prosta czarna kreska jego zrośniętych brwi, ostre kontury kościstej twarzy i biała blizna na sinym, wygolonym policzku (świadcząca o jego apostolskiej gorliwości wśród zgrai nienawróconych jeszcze Indian) sprawiały wrażenie, jak gdyby coś zdrożnego kryło się pod powłoką jego kapłaństwa. Wyglądał niby jakiś kapelan bandytów. Rozłączył swe kościste, żylaste ręce, założone dotychczas w tył, by pogrozić palcem Martinowi.