Decoud wszedł za Antonią do salonu, ale nie poszedł wgłąb. Zatrzymał się przy portierze z wyrazem niezupełnie szczerej powagi, z jaką ludzie dorośli zwykli brać udział w zabawach dzieci. Spojrzał spokojnie na groźnie podniesiony palec.
— Widziałem, jak wasza wielebność nawoływała do skruchy generała Barriosa — rzekł, nie ruszając się z miejsca.
— Co za niemądre gadanie! — Potężny głos ojca Corbelana rozległ się tak gromko po całej sali, iż wszyscy odwrócili głowy. — To pijak! Señores, bóstwem waszego generała jest butelka.
Jego pogardliwe słowa wywołały niemiłe milczenie, jakby z grona obecnych pierzchła naraz otucha. Ale nikt nie odniósł się do tej wypowiedzi.
Wiedziano, iż ojciec Corbelan wrócił z dżungli, by bronić uświęconych praw Kościoła z tą samą fanatyczną nieustraszonością, z jaką głosił słowo Boże wśród dzikich, krwiożerczych plemion, pozbawionych ludzkich uczuć i czci dla jakichkolwiek świętości. Wprost legendarnie brzmiały opowiadania o powodzeniu, jakie osiągał w swej działalności misjonarskiej, z dala od oczu chrześcijańskiego społeczeństwa. Zdołał ochrzcić całe plemiona indiańskie, żyjąc wśród nich jak dziki. Opowiadano, iż padre miał zwyczaj uganiać na wpół nagi wraz z swymi Indianami na koniu, dzierżąc tarczę z bawolej skóry, no i zapewne długą włócznię. Zaszyty w skóry, miał podobno wałęsać się, hen, na pograniczu śniegów w Kordylierach, szukając prozelitów194. Nie słyszano jednak nigdy, żeby padre Corbelan sam opowiadał o tych przygodach. Nie robił natomiast tajemnicy ze swego przeświadczenia, iż politycy z Santa Marta mają twardsze serca i nikczemniejsze dusze aniżeli poganie, którym głosił Ewangelię. Nierozważna żarliwość, z jaką stawał w obronie doczesnych dóbr Kościoła, szkodziła sprawie ribierzystów. Utrzymywano powszechnie, iż nie chciał przyjąć godności biskupa tytularnego diecezji zachodniej, zanim pokrzywdzony Kościół nie otrzyma zadośćuczynienia. Polityczny jéfé z Sulaco (ten sam dygnitarz, którego kapitan Mitchell ocalił później z rąk tłumu) dawał do zrozumienia z naiwnym cynizmem, iż panowie ministrowie zapewne dlatego wysłali padre przez góry do Sulaco w najgorszej porze roku, ażeby zamarzł na śmierć w lodowatych zawiejach górskich paramos195. Nie było roku, ażeby kilku zuchwałych mulników, ludzi zahartowanych w takich wyprawach, nie ginęło w ten sposób. Ale co się okazało? Ekscelencje nie osiągnęły swego celu, taki twardy z niego człowiek. Tymczasem wśród ciemnych tłumów wszczęło się szemranie, iż reformy ribierystowskie zmierzają po prostu do odebrania ludowi ziemi. Część jej mieli otrzymać cudzoziemcy, którzy budowali kolej, zaś resztę mieli zagarnąć padres.
Takie były owoce gorliwości wikariusza generalnego. Nawet w krótkim przemówieniu do wojsk na plaza (słyszały je zresztą tylko przednie szeregi) nie zaniedbał wspomnieć o znieważeniu Kościoła, który oczekuje, że ojczyzna zadośćuczynieniem odpokutuje swe winy. Polityczny jéfé zirytował się. Ale szwagra don Joségo nie mógł przecież wtrącić do więzienia w cabildo196. Dygnitarz ten, przystępny i ludzki służbista, miał zwyczaj zachodzić o zmierzchu z Intendencji do Casa Gould, dokąd udawał się sam, odpowiadając z jednakowo uprzejmą godnością na pozdrowienia możnych i pospólstwa. Tego wieczora podszedł prosto do Charlesa Goulda i syknął mu do ucha, że miałby ochotę wywieźć wikariusza generalnego z Sulaco na jakąś odludną wyspę, na przykład na którąś z Izabel.
— Na tę bezwodną najlepiej, nieprawdaż, don Carlosie? — dodał żartobliwie, lecz z poważną miną. Ten nieobliczalny kapłan, który nie chciał zamieszkać w pałacu biskupim i wolał zawieszać swój dziurawy hamak wśród brudu i pajęczyn zagarniętego przez władze świeckie klasztoru dominikańskiego, uwziął się, by uzyskać bezwarunkową amnestię dla rozbójnika, Hernandeza! I nie dość na tym, wszedł bowiem, jak się zdaje, w porozumienie z tym najzuchwalszym przestępcą, jakiego kiedykolwiek nosiła ta ziemia. Policja z Sulaco wiedziała oczywiście, co się święci. Padre Corbelan porozumiał się z tym lekkomyślnym Włochem, capatazem de cargadores, jedynym do takich zleceń, i wyprawił go z poselstwem. Ojciec Corbelan kształcił się w Rzymie i mówił po włosku. Dowiedziano się, iż tenże capataz bywał nocą w starym klasztorze dominikańskim. Staruszce, która usługiwała wikariuszowi generalnemu, obiło się o uszy nazwisko Hernandeza, zaś ubiegłej soboty widziano capataza, jak cwałem wyjeżdżał z miasta. Nie było go przez dwa dni. Policja mogła rzecz jasna podążyć tropem Włocha, ale obawiała się cargadores, ludzi bardzo burzliwych, którzy mogli wywołać rozruchy. W obecnych czasach niełatwo jest rządzić w Sulaco. Zaczęły napływać tu szumowiny, zwabione pieniędzmi w kieszeniach robotników kolejowych. Przemówienia ojca Corbelana wywołują wrzenie wśród ludności. I urzędnik naczelny zaczął tłumaczyć Charlesowi Gouldowi, iż odkąd prowincja jest ogołocona z wojska, w razie wybuchu bezprawia władze nie wiedziałyby, co począć.
Po czym, zasępiwszy się, usiadł w fotelu, paląc długie, cienkie cygaro i pochylając się od czasu do czasu, by zamienić kilka słów z don Josém, który siedział opodal. Udawał, że nie zauważył wchodzącego księdza, a kiedy głos ojca Corbelana rozlegał się za jego plecami, wzruszał niecierpliwie ramionami.
Ojciec Corbelan stał przez chwilę nieruchomo, ale z tej jego nieruchomości przemawiała jakaś mściwość, która znamionowała całe jego postępowanie. Posępny żar surowych przekonań nadawał szczególniejszego wyrazu tej czarnej postaci. Ale ta srogość złagodniała, gdy padre, utkwiwszy oczy w Decoudzie, podniósł powoli, znacząco długie, czarne ramię:
— A pan... pan jest zupełnym poganinem — odezwał się przytłumionym, głębokim głosem.