— To karta, której użyć można tylko pod koniec gry. Tymczasem może pan ją nazywać...

— Bronią — podpowiedział inżynier.

— Nie, właściwiej byłoby ją nazwać argumentem — sprostował uprzejmie Charles Gould. — I w ten sposób przedstawiłem tę sprawę panu Holroydowi.

— A cóż on na to powiedział? — zapytał inżynier z nieukrywanym zaciekawieniem.

— On — rzekł Charles Gould po chwili namysłu — mówił coś tam o wytrwaniu do samej śmierci i o pokładaniu ufności w Bogu. Zdaje mi się, iż po prostu się przeraził. Ale — mówił dalej administrador kopalni San Tomé — on jest, wie pan, bardzo daleko, a Bóg, jak powiadają w tym kraju, bardzo wysoko.

Potakujący śmiech inżyniera zamierał, w miarę jak schodził po schodach. Stojąca w płytkiej wnęce Madonna z Dzieciątkiem zdawała się spoglądać na jego barczyste plecy, drżące od śmiechu.

Rozdział VI

W Casa Gould panowała głęboka cisza. Pan domu, minąwszy korytarz, otworzył drzwi od swego pokoju i ujrzał żonę zagłębioną w wielkim fotelu, w którym siadywał zazwyczaj, paląc cygaro. Spoglądała w zamyśleniu na swe małe trzewiki. Kiedy wszedł, nie podniosła nawet oczu.

— Zmęczona? — spytał Charles Gould.

— Trochę — odparła pani Gould i wciąż jeszcze nie patrząc na niego, dodała ze smutkiem: — To wszystko wydaje się takie okropnie nierzeczywiste.