Charles Gould, stojąc przed długim stołem zawalonym papierami, na których leżała szpicruta myśliwska i para ostróg, spojrzał na żonę.
— Musiał być po południu okropny skwar i kurz — powiedział ze współczuciem. — Blask wody musiał być po prostu nieznośny.
— Można zamknąć oczy na blask — rzekła pani Gould. — Ale mój drogi Charley, niepodobna ich zamknąć na nasze położenie, na ten okropny...
Podniosła oczy i spojrzała na twarz swego męża, z której znikł wyraz współczucia oraz wszelkich innych uczuć.
— Czemu nie powiesz mi wszystkiego? — zajęczała niemal.
— Zdawało się mi, iż pojęłaś mnie dokładnie od samego początku — odpowiedział powoli Charles Gould. — Myślałem, że powiedzieliśmy sobie już od dawna wszystko, co powiedzieć należało. Teraz nie ma o czym mówić. Były różne rzeczy do zrobienia. Zrobiliśmy je lub zabraliśmy się do pracy nad nimi. Teraz nie ma odwrotu. I zdaje się mi, że od samego początku nie było możliwości odwrotu. Co więcej, nie możemy nawet zatrzymać się na miejscu.
— Ach, gdyby przynajmniej można było wiedzieć, jak daleko zamierzasz się posunąć! — rzekła jego żona niemal żartobliwie, choć zadrżała w duszy.
— Do samego ostatka — brzmiała odpowiedź w tonie tak rzeczowym, iż pani Gould znów powściągnęła drżenie.
Powstała, uśmiechnęła się z wdziękiem, a jej drobna postać wydała się jeszcze mniejsza z powodu szczodrej bujności jej włosów i długiego trenu eleganckiej sukni.
— Ale pomyślnego — rzekła przekonywająco.