Charles Gould objął ją stalowobłękitnym spojrzeniem swych bacznych oczu i odparł bez wahania:
— Och, nie ma innej możliwości.
W jego głosie brzmiała ogromna pewność. Co zaś do słów, to nic więcej sumienie nie pozwoliło mu powiedzieć.
Uśmiech pani Gould zamglił się długim cieniem na jej ustach. Odezwała się cicho:
— Opuszczę cię. Boli mnie trochę głowa. Pył i skwar były rzeczywiście... Pewnie masz zamiar wrócić do kopalni jeszcze przed ranem?
— O północy. Przywieziemy jutro srebro. Potem zostanę z tobą w mieście przez całe trzy dni.
— Ach, więc jedziesz na spotkanie eskorty? Będę o piątej rano na balkonie, by zobaczyć, jak będziecie przejeżdżali. Tymczasem do widzenia!
Charles Gould przeszedł nagle na drugą stronę stołu, ujął jej ręce i pochyliwszy się nad nimi, przycisnął obie do swych ust. Zanim zdążył znów się wyprostować, wyzwoliła jedną dłoń i musnęła jego twarz lekkim dotknięciem, jak gdyby był małym chłopcem.
— Połóż się na kilka godzin — szepnęła, spoglądając na hamak rozpięty w kącie pokoju. Jej długa suknia zaszeleściła miękko po czerwonych płytkach posadzki. Obejrzała się w drzwiach.
Dwie duże lampy o kloszach z matowego szkła zalewały łagodnym, obfitym światłem cztery białe ściany pokoju, oszkloną szafę z bronią, z leżącą na aksamicie mosiężną rękojeścią kawaleryjskiej szabli Henryka Goulda, i akwarelowy szkic przedstawiający wąwóz San Tomé. Pani Gould, spoglądając na niego westchnęła: