— Co się stało, don Martinie? — spytała pani Gould. Po czym dodała, śmiejąc się z lekka: — Jestem dziś taka zdenerwowana — jakby chciała usprawiedliwić szorstkość pytania.

— Nic, co by groziło już teraz — odrzekł Decoud, nie mogąc już ukryć swego wzburzenia. — Proszę się nie niepokoić. Naprawdę, niech pani się nie niepokoi.

Pani Gould, otwarłszy szeroko swe słodkie oczy i złożywszy do uśmiechu usta, zapanowała nad sobą i oparła o futrynę swą drobną, zdobioną pierścionkami rękę.

— Może pan nie wie, jakie to niepokojące, kiedy się pan tak nieoczekiwanie zjawia...

— Czyżby? Niepokojące? — zaperzył się, szczerze zdziwiony i urażony. — Zapewniam panią, iż sam bynajmniej nie czuję się zaniepokojony. Przepadł gdzieś wachlarz, no i chciałbym go odszukać. Ale nie wydaje się mi, żeby tu był. Po prostu szukam wachlarza. Nie pojmuję, jak Antonia mogła... Mniejsza o to! Czy znalazłeś go, amigo198?

— Nie, señor — odezwał się za plecami pani Gould łagodny głos Basilia, kamerdynera w Casa Gould. — Nie sądzę, żeby señorita zapomniała go w tym domu.

— Idź i poszukaj go jeszcze na patio. Idź, przyjacielu! Szukaj na schodach, pod bramą i obejrzyj każdy kamień. Szukaj, aż zejdę na dół... Chodzi boso — odezwał się po angielsku do pani Gould — i nigdy nie wiadomo, kiedy zjawi się za plecami. Kazałem mu szukać tego wachlarza, gdy tylko przyszedłem, by usprawiedliwić moje ponowne przybycie, mój niespodziewany powrót.

Zamilkł, a pani Gould rzekła uprzejmie:

— Jest pan zawsze mile widziany. — Umilkła również na jedno mgnienie. — Chciałabym się jednak dowiedzieć, co pana sprowadziło z powrotem.

Decoud przybrał nagle niedbały ton.