— Może to kaczka. Lęgną się one obficie w takich czasach jak dzisiejsze. Ale nawet gdyby to było prawdą? No, przypuśćmy najgorsze, przyjmijmy, że to prawda.
— Wtedy wszystko stracone — odezwała się pani Gould ze spokojem rozpaczy.
Wtem jakby nagły domysł błysnął w jej głowie i wydało się jej, że pod wymuszoną niedbałością Decouda dostrzega straszliwe podniecenie. Rzeczywiście widać je było w śmiałym i czujnym spojrzeniu jego oczu, w na poły beztroskim, na poły pogardliwym skrzywieniu jego ust. Wydobył się z nich francuski zwrot, jakby dla tego bulwarowego Costaguanera był to jedyny przekonywujący język:
— Non, madame. Rien n’est perdu.199
Słowa te niczym wstrząs elektryczny obudziły panią Gould z odrętwienia. Spytała żywo:
— Cóż pan zamierza uczynić?
Ale w powściąganym podnieceniu Decouda drgnął już lekki odruch szyderstwa.
— A czegóż mogłaby się pani spodziewać po rdzennym Costaguanerze? Oczywiście, nowej rewolucji. Daję pani słowo honoru, pani Gould, iż uważam siebie za rodowitego hijo del pays, prawego syna tego kraju, chociaż ojciec Corbelan ma o mnie inne wyobrażenie. I nie jestem do tego stopnia niewierzący, abym nie dowierzał swym własnym pomysłom, swym własnym środkom zaradczym, swym własnym pragnieniom.
— Czyżby? — rzekła pani Gould z powątpiewaniem.
— Zdaje mi się, że nie zdołałem pani przekonać — podjął znów Decoud po francusku. — Powiedzmy zatem: swym namiętnościom.