Pani Gould przyjęła ten dodatek bez zaskoczenia. By go zrozumieć, nie potrzebowała bynajmniej dalszych zapewnień, które wyrzekł półgłosem:
— Nie ma rzeczy, której nie uczyniłbym dla Antonii. Gotów jestem podjąć się wszystkiego. Gotów jestem narazić się na wszystko. — Decoud zdawał się czerpać świeżą śmiałość z wypowiadania swoich myśli. — Nie uwierzyłaby mi pani, gdybym powiedział, że to z miłości ojczyzny...
Zaprzeczyła zniechęconym gestem ręki, jakby chciała powiedzieć, iż podobnej pobudki nie spodziewa się po nikim.
— Sulaco powinno wszcząć rewolucję — mówił dalej Decoud półgłosem, ale z zapałem. — Wielkiej sprawie można służyć tu, gdzie się zaczęła, gdzie jest jej miejsce urodzenia.
Zagryzając w zamyśleniu dolną wargę, odstąpiła na krok od drzwi.
— Czyżby pani zamierzała pomówić z mężem? — Zatrzymał ją zaniepokojony Decoud.
— Czyż nie będzie pan potrzebował jego pomocy?
— Niewątpliwie — przyznał Decoud bez wahania. — Wszystko zależy od kopalni San Tomé, ale wolałbym, aby na razie nic nie wiedział o moich... moich nadziejach.
Wyraz zakłopotania pojawił się na twarzy pani Gould. Decoud podszedł ku niej i rzekł, jakby się zwierzał:
— Bo widzi pani, on jest idealistą.