Pani Gould pokraśniała z lekka, a oczy jej pociemniały.

— Charley idealistą! — odezwała się ze zdziwieniem, jakby do siebie samej. — Co pan chce przez to powiedzieć?

— Tak jest — upierał się Decoud. — Brzmi to dziwnie, gdy ma się przed oczyma kopalnię San Tomé, największe bodaj dzieło w całej Ameryce Południowej. Lecz niech pani na nie spojrzy, a zobaczy pani, że wyidealizował je do tego stopnia... — Zatrzymał się. — Czy pani zdaje sobie sprawę, do jakiego stopnia wyidealizował on istnienie, wartość i znaczenie kopalni San Tomé? Czy pani zdaje sobie z tego sprawę?

Widocznie wiedział, o czym mówi. Wywołał wrażenie, o które mu chodziło. Płomień, który wrzał w duszy pani Gould, przygasł nagle w nikłym, głuchym okrzyku, podobnym do jęku.

— Cóż pan powie? — spytała słabym głosem.

— Nic! — odparł Decoud stanowczo. — Ale czyż pani nie zdaje sobie sprawy, że jest Anglikiem?

— Cóż z tego? — spytała pani Gould.

— Po prostu nie może żyć ani działać, nie idealizując każdego najzwyczajniejszego uczucia, pragnienia lub czynu. Niezdolny jest wierzyć w swe pobudki, zanim nie przedzierzgnie ich w okruch jakiejś czarodziejskiej baśni. Coś mi się zdaje, iż ziemia mu nie wystarcza. Czy pani nie ma mi za złe mojej otwartości? Zresztą, bez względu na to, czy pani mi wybaczy, czy nie, jest to cząstka tej prawdy, która razi — jakby to powiedzieć? — wrażliwość anglosaską, zaś w obecnej chwili nie wiem, czy byłbym zdolny liczyć się poważnie czy to z jego sposobem pojmowania rzeczy, czy chociażby nawet — niechaj mi będzie wolno powiedzieć — ze sposobem pojmowania ich przez panią.

Pani Gould nie okazała niczym, że czuła się obrażona.

— Sądzę, iż Antonia całkowicie pana rozumie?