— Zabierze je najbliższy statek płynący na północ i dzięki temu uratuje kopalnię San Tomé, która wydała tyle skarbów. Poza tym pogłoska jest zapewne nieprawdziwa — pospiesznie dorzucił z przekonaniem w głosie. — Zresztą, señora — mówił dalej Decoud — można się postarać, żeby nieprędko dotarła do publicznej wiadomości. Rozmawiałem z telegrafistą na samym środku Plaza Mayor, jestem więc pewien, że nikt nie mógł nas podsłuchać. Nie było w pobliżu nas nikogo, nawet ptaka w powietrzu. Niechaj ponadto będzie mi wolno powiedzieć jeszcze coś więcej. Zaprzyjaźniłem się z tym capatazem, którego nazywają Nostromo. Mówiłem z nim dziś wieczorem, idąc przy boku jego konia. Wyjeżdżał właśnie z miasta. Przyrzekł mi, że gdyby z jakiegokolwiek powodu wybuchły rozruchy — chociażby z powodów wyłącznie politycznych — jego cargadores, którzy, jak pani wiadomo, stanowią znaczną część ludności, staną po stronie Europejczyków.
— Obiecał to panu? — zagadnęła pani Gould z ożywieniem. — Cóż go skłoniło, iż złożył panu taką obietnicę?
— Doprawdy, nie wiem — oświadczył Decoud nieco zdziwionym tonem. — Wiem, że mi przyrzekł, ale nie umiem odpowiedzieć, z jakich powodów. Mówił ze swoją zwykłą niedbałością, którą, gdyby był czymś innym niż podrzędnym marynarzem, nazwałbym pozą lub udawaniem.
Decoud przerwał i spojrzał z ciekawością na panią Gould.
— Biorąc wszystko pod uwagę, przypuszczam — mówił dalej — że oczekuje z tego jakiejś korzyści dla siebie. Nie można zapominać, iż nadzwyczajna władza, jaką posiada nad pospólstwem, połączona jest z niejednym niebezpieczeństwem i wielką hojnością w wydawaniu pieniędzy. Za tak cenną rzecz jak potęga indywidualności trzeba zapłacić w ten czy inny sposób. Zaprzyjaźniliśmy się podczas zabawy tanecznej, w pewnej posadzie za miastem, której gospodarzem jest jakiś Meksykanin. Powiedział mi, iż przyjechał tutaj, by zdobyć fortunę. Widocznie uważa swoje wpływy za pewien rodzaj inwestycji.
— A może też ceni je dla nich samych — rzekła pani Gould takim tonem, jak gdyby chciała odeprzeć niezasłużone oszczerstwo. — Garibaldino, Viola, który zna go z bliska od kilku lat, nazywa go nieprzekupnym.
— Ach, więc to jeden z pani protegowanych w porcie? Muy bien200. Kapitan Mitchell nazywa go zdumiewającym człowiekiem. Nasłuchałem się już nieskończonych opowiadań o jego sile, odwadze i wierności. Całe mnóstwo pięknych rzeczy! Hm, nieprzekupny! To istotnie chlubne miano dla capataza cargadorów z Sulaco. Nieprzekupny! Piękne to, ale mgliste. Mimo to przypuszczam, iż jest również sprytny. Rozmawiałem z nim, wychodząc z tego zdrowego i praktycznego założenia.
— Ja zaś wolę wyobrażać sobie, że jest bezinteresowny i że właśnie dlatego zasługuje na zaufanie — rzekła pani Gould ze zwięzłością, z jaką miała zwyczaj formułować swe przypuszczenia.
— No, jeżeli tak, to srebro jest tym pewniejsze. Niechaj je państwo sprowadzą, señora! Trzeba je sprowadzić i wysłać na północ, żeby powróciło pod postacią kredytu.
Pani Gould rzuciła okiem w głąb korytarza, ku drzwiom pokoju swego męża. Decoud, który patrzył na nią, jak gdyby miała jego los w swych rękach, zauważył, iż niemal niedostrzegalnie skinęła głową na znak zgody. Ukłonił się z uśmiechem i włożywszy rękę do bocznej kieszeni surduta, wyjął wachlarz z jasnych piór osadzonych na pomalowanych listewkach z drzewa sandałowego.