— Sentymentalny, sentymentalny! — gruchał niemal Decoud tonem uprzejmej i słodkiej wyrozumiałości. — Zdumiewająco sentymentalny, jak cały wasz naród. Przyglądam się królowi Sulaco, odkąd przybyłem tu z tym niedorzecznym zleceniem, wiedziony zapewne podstępną ręką losu, który czyha na niezliczonych zakrętach życia ludzkiego. Ale nie dbam o to, nie jestem sentymentalny. Nie umiem przystrajać swych osobistych pragnień w złotogłowie i klejnoty. Życie nie jest dla mnie powiastką moralną, która snuje się z tradycji pięknych, czarodziejskich bajek. Nie, pani Gould! Jestem człowiekiem praktycznym. Nie wstydzę się swych pobudek. Ale proszę mi wybaczyć, dałem się unieść za daleko. Chciałem jedynie powiedzieć, że obserwowałem. Może jednak lepiej nie mówić, co odkryłem...
— Nie, to niepotrzebne — szepnęła pani Gould, odwracając ponownie głowę.
— Owszem. Wspomnę tylko o tym drobnym szczególe, że mąż pani mnie nie lubi. Jest to drobiazg, który w obecnych okolicznościach nabiera wprost śmiesznego znaczenia. Śmiesznego i ogromnego, gdyż mój plan, rzecz jasna, wymaga pieniędzy. — Zamyślił się, po czym dodał znacząco: — A tu mamy do czynienia z dwoma sentymentalnymi ludźmi.
— Zdaje mi się, iż pana nie rozumiem, don Martinie — rzekła pani Gould oschle, nie zmieniając przyciszonego tonu rozmowy. — Ale gdybym rozumiała, to kimże byłby ten drugi?
— Oczywiście wielki Holroyd ze San Francisco — szepnął Decoud swobodnie. — Sądzę, iż pani mnie doskonale rozumie. Kobiety są idealistkami, ale przy tym są bardzo przenikliwe.
Pani Gould zdawała się nie zwracać uwagi na to spostrzeżenie, ubliżające i razem pochlebne. Nazwisko Holroyda było nowym zarzewiem jej zaniepokojenia.
— Jutro rano będą wieźli srebro do portu, plon półrocznej pracy! — zawołała z trwogą.
— To dobrze, niech je przywiozą! — szepnął jej Decoud niemal do ucha.
— Ale jeżeli o tej pogłosce dowie się ludność, a zwłaszcza, jeśli okaże się ona prawdziwa, mogą wybuchnąć rozruchy w mieście — zauważyła pani Gould.
Decoud przyznał, że jest to możliwe. Znał dobrze osiadłych w Sulaco ludzi z Campo; byli złośliwi, złodziejscy, mściwi i krwiożerczy, mimo wielkich zalet, jakie okazywali ich krewniacy z równiny. Ale chodziło o tego drugiego sentymentalnego człowieka, który faktom rzeczywistym nadawał dziwnie idealne znaczenie. Strumień srebra musiał popłynąć na północ, jeśli miał powrócić potem pod postacią finansowego poparcia z wielkiej firmy Holroyda. Trzymane w potężnych skarbcach kopalni srebrne sztaby posiadały dla jego zamierzeń wartość mniejszą od zwykłego ołowiu, z którego było można przynajmniej lać kule. Niechże je przywiozą i przygotują do załadunku.