— Tak nazywają go Anglicy, ale nie jest to imię ani ludzkie, ani zwierzęce — odparła dziewczynka, muskając łagodnie dłonią włosy siostry.

— Ale on pozwala, żeby go tak nazywano — zauważył Decoud.

— Nie w tym domu — zaprzeczyło dziecko.

— No, to będę go nazywał capatazem.

Decoud umilkł i pisał czas jakiś bez przerwy, po czym odwrócił się znowu.

— Kiedy go się spodziewacie? — zapytał.

— Po przyprowadzeniu pana tutaj pojechał, żeby przywieźć z miasta señora doktora dla mamy. Powróci lada chwila.

— Będzie miał szczęście, jeśli go nie zastrzelą po drodze — mruknął Decoud do siebie głośno, na co Linda odparła swym przenikliwym głosikiem:

— Nikt nie odważy się strzelić do Gian’ Battisty.

— Wierzysz w to — zapytał Decoud — wierzysz naprawdę?