— Wiem to — odparła dziewczynka z przekonaniem. — Nie ma w tym mieście nikogo, kto by śmiał zaczepić Gian’ Battistę.

— Nie trzeba zbyt wielkiej odwagi, by zza krzaka pociągnąć za spust — mamrotał Decoud do siebie. — Na szczęście noc jest ciemna, inaczej niewiele byłoby szans na ocalenie srebra z kopalni.

Odwrócił się do swego notatnika, przejrzał jego kartki i znów sięgnął po ołówek.

„Tak przedstawiał się stan rzeczy wczoraj, kiedy »Minerwa« ze zbiegłym prezydentem na pokładzie opuściła port, a buntowników udało się wyprzeć w boczne zaułki miasta. Siedziałem na stopniach katedry z Nostromem, wysławszy uprzednio kablogram, dający znać o wszystkim mniej lub bardziej zainteresowanemu światu. Rzecz dziwna, iż jakkolwiek biura Kompanii Telegraficznej znajdują się w tym samym domu co »Porvenir«, motłoch, który wyrzucił moje prasy drukarskie przez okno i porozsypywał czcionki po całej plaza, nie poniszczył przyrządów po drugiej stronie dziedzińca. Kiedy siedziałem, rozmawiając z Nostromem, spod arkad wyszedł telegrafista Bernhardt z jakimś papierem w ręce. Ten mały człowieczek przypasał się do ogromnego miecza i obwiesił się rewolwerami. Mimo swej śmieszności jest najprzyzwoitszym Niemcem, jaki kiedykolwiek miał do czynienia z aparatem Morse’a. Otrzymał telegram z Cayty, donoszący, iż statki z wojskami Barriosa wpłynęły właśnie do portu. Telegram kończył się słowami: »Panuje ogromny entuzjazm«. Poszedłem, by napić się wody z fontanny, gdy ktoś strzelił do mnie, kryjąc się za drzewem. Ale napiłem się i nie zważałem na nic. Skoro Barrios jest w Caycie, a od zwycięskiej armii Montera dzieli nas ogrom Kordylierów, mimo wysiłku panów Gamacho i Fuentesa, mam nowe państwo w garści. Chciałem się przespać, ale kiedy zaszedłem do Casa Gould, zastałem patio zapełnione rannymi, którzy leżeli na słomie. Paliły się światła, a nad zamkniętym dziedzińcem unosiły się w skwarnym powietrzu nocnym mdłe wyziewy krwi i chloroformu. Na jednym końcu doktor Monygham, lekarz górniczy, zakładał opatrunki, na drugim, w pobliżu schodów, klęczał ojciec Corbelan, słuchając spowiedzi konającego cargadora. Pani Gould chodziła po tej rzeźni z wielką butelką w jednej ręce i z paczką waty w drugiej. Spojrzała na mnie, ale nawet nie skinęła głową. Podążała za nią jej camerista, która również trzymała butelkę i szlochała z cicha.

Przez jakiś czas nosiłem wodę z cysterny dla rannych. Potem wszedłem na górę i ujrzałem tam wiele znakomitych pań z Sulaco. Były bledsze niż kiedykolwiek i nosiły przewieszone przez ramię bandaże. Nie wszystkie zdążyły uciec na okręty. Wiele z nich schroniło się za dnia w Casa Gould. Na zakręcie schodów jakaś dziewczyna z rozpuszczonymi do połowy włosami klęczała pod ścianą przed wnęką, gdzie stoi Madonna w błękitnych szatach i ze złotą koroną na głowie. Zdaje mi się, że była to najstarsza panna Lopez; nie widziałem jej twarzy, ale pamiętam, że spojrzałem na wysoki francuski obcas jej małego trzewiczka. Nie odzywała się, nie poruszała, nie łkała i zachowywała się najzupełniej spokojnie, cała czarna na tle białej ściany, niby milczące upostaciowanie żarliwej modlitwy. Jestem pewien, że nie była bardziej przerażona od tamtych bladych pań roznoszących bandaże. Jedna z nich siedziała na najwyższym stopniu schodów i pośpiesznie darła kawał płótna na pasy. Była to młoda żona tutejszego, leciwego już bogacza. Przerwała, by odpowiedzieć skinieniem ręki na mój ukłon, jak gdyby siedziała w swym powozie na alamedzie. Warto zobaczyć nasze kobiety podczas rewolucji. Opada z nich róż i perłowy puder wraz z biernością w stosunku do zewnętrznego świata, biernością, którą od najwcześniejszego dzieciństwa narzuca im wychowanie, tradycja i obyczaj. Myślałem o twej twarzy, która od najmłodszych lat nosiła znamię inteligencji zamiast owego cierpliwego i zrezygnowanego wyrazu, który ukazuje się, gdy jakiś polityczny przewrót zedrze powłokę kosmetyków i nawyków.

W wielkiej sali na piętrze odbywało się posiedzenie jakby junty203 szlacheckiej, pozostałości rozpierzchłego Zgromadzenia Prowincjonalnego. Don Juste Lopez miał brodę do połowy osmaloną od wystrzału dwururki nabitej siekańcami, które jakimś cudownym sposobem wszystkie go chybiły. Kiedy odwracał głowę to w jedną, to w drugą stronę, wydawało się, jak gdyby w jego fraku mieściło się dwóch ludzi: jeden uroczysty i dostojnie brodaty, drugi niechlujny i zeszpecony.

Kiedy wszedłem, zawołali: »Decoud! Don Martin!«. Zapytałem ich: »Nad czym panowie obradujecie?«. Nie było wśród nich, jak się zdaje, przewodniczącego, chociaż don José Avellanos zajmował naczelne miejsce przy stole. Odpowiedzieli wszyscy chórem: »Nad zachowaniem życia i mienia!«. »Do chwili, kiedy przybędą nowi urzędnicy« — tłumaczył mi don Juste, zwracając się ku mnie dostojną połową swej twarzy. Był to jakby strumień zimnej wody wylany na gorejącą we mnie ideę nowego państwa. Zasyczało mi w uszach i sala zamgliła się, jak gdyby nagle napełniły ją wyziewy.

Podszedłem na oślep do stołu, jak gdybym był pijany. »Zamierzacie panowie zdać się na łaskę i niełaskę« — rzekłem. Wszyscy siedzieli cicho, pochyliwszy nosy nad arkuszami papieru, które leżały przed nimi, Bóg wie po co. Jedynie don José ukrył twarz w dłoniach, bełkocąc: »Nigdy, nigdy!«. Kiedy jednak spojrzałem na niego, wydało się mi, iż mógłbym go zdmuchnąć swym oddechem, taki był nikły, zgrzybiały i słaby. Nie przeżyje, bez względu na to, co nastąpi. Zbyt wielki to zawód dla człowieka w jego wieku. Czyż nie widział, jak kartki Pięćdziesięciu lat nierządu, które zaczęliśmy już składać w drukarni »Porvenira«, walały się po plaza, wpadały do rynsztoków, paliły się jako zatyczki petard, nabitych czcionkami, rozpraszały się na wietrze, były wdeptywane w błoto? Widziałem na własne oczy, jak niektóre pływały nawet na wodach portu. Byłoby niedorzecznością przypuszczać, iż przeżyje to wszystko. Byłoby to zbyt okrutne.

»Czy panowie zdajecie sobie sprawę — zawołałem — co oznacza poddanie się dla was samych, dla waszych żon, dzieci i waszego mienia?«

Grzmiałem przez jakieś pięć minut bez wytchnienia, wykazując sprzyjające nam okoliczności i powołując się na dzikość Montera, którego przedstawiłem jako skończone bydlę, nie wątpiąc zresztą, iż nim się okaże, jeżeli tylko będzie miał dość inteligencji, by zaprowadzić systematyczne rządy terroru. Następnie przez kolejnych pięć minut, a może nawet dłużej, przemawiałem płomiennie do ich męstwa z całą namiętnością mej miłości do Antonii. Bo jeżeli kiedykolwiek się zdarzy komuś mówić dobrze, to wynika to zawsze z uczuć osobistych, bez względu na to, czy chodzi o potępienie wroga, czy o bezpieczeństwo własne, czy wreszcie o obronę czegoś, co jest nam droższe nad życie. Grzmiałem na nich po prostu, droga ty moja! Zdawało mi się, że mój głos rozsadzi ściany, a kiedy umilkłem, zauważyłem, iż ich przerażone oczy spoglądają na mnie z niedowierzaniem.