Późną nocą utworzyliśmy małą juntę, złożoną z czterech osób: z dwu kobiet, don Carlosa i mnie. Zebraliśmy się w biało-błękitnym buduarze pani Gould.
El rey de Sulaco uważa siebie bez wątpienia za bardzo prawego człowieka. I okazałby się nim zapewne, gdyby można było zajrzeć poza jego małomówność. Być może zdaje mu się, że dzięki niej jego uczciwość jest bez plamy. Ci Anglicy żywią się złudzeniami, które w ten czy inny sposób pozwalają im ujmować mocno istotę rzeczy. Jeżeli się odzywa, to tylko po to, by z rzadka powiedzieć »tak« lub „nie«, które brzmią bezosobowo jak słowa wyroczni. Ale nie wyprowadza mnie w pole swoją niemą powściągliwością. Wiem, co ma w głowie: swą kopalnię ma w głowie. Zaś jego żona ma w głowie tylko jego drogocenną osobę, którą powiązał z koncesją Gouldów i uwiesił na jej kobiecej szyi. Mniejsza o to. Sztuka polegała na tym, żeby zechciał przedstawić całą tę sprawę Holroydowi (królowi stali i srebra) i wyjednać jego pieniężne poparcie. W tym czasie, to znaczy przed dwudziestoma czterema godzinami, sądziliśmy, iż srebro kopalni będzie spoczywało bezpiecznie pod sklepieniami Urzędu Celnego, aż do chwili, kiedy zabierze je parowiec płynący na północ. Jak długo zaś te skarby płynęłyby bez przerwy na północ, tak długo krańcowy idealista, Holroyd, nie wyrzekłby się myśli zaszczepienia na tych zatraconych lądach nie tylko sprawiedliwości, przemysłu i pokoju, lecz także swego ulubionego marzenia, przejawiającego się pod postacią »czystszych form chrześcijaństwa«. Niedługo potem nadjechał konno od strony portu najwybitniejszy z Europejczyków, przebywający w Sulaco naczelny inżynier kolejowy, i został dopuszczony do naszych obrad. Tymczasem w wielkiej sali rozprawiała wciąż jeszcze junta szlachecka. Któryś z nich wybiegł na korytarz i zapytał służącego, czy nie mógłby im przynieść czegoś do jedzenia. Pierwsze słowa, które wyrzekł naczelny inżynier, wchodząc do buduaru, brzmiały: »Czymże jest pani dom, pani Gould? Na dole szpital połowy, a na górze, jak się zdaje, restauracja. Widziałem, jak do sali wnoszono kopiaste półmiski ze smakołykami«.
»Tu zaś, w tym buduarze — rzekłem — widzi pan tajny gabinet przyszłej Republiki Zachodniej«.
Był tak roztargniony, iż nie uśmiechnął się na te słowa, nie wydawał się nawet zdziwiony.
Zaczął nam opowiadać, iż kiedy był na stacji kolejowej, gdzie wydawał polecenia mające na celu ochronę własności kolei, wezwano go na stację telegraficzną. Inżynier węzła kolejowego u podnóża gór chciał się z nim porozumieć z drugiego końca linii. W biurze prócz niego był tylko urzędnik telegrafu kolejowego, który odczytywał głośno uderzenia na wstędze papierowej, w miarę jak osuwała się na podłogę. Komunikat, wystukiwany nerwowo z drewnianej chatki w głębi lasu, zawiadamiał przełożonego, że prezydent Ribiera był, a może nawet nadal jest ścigany przez swych wrogów. Było to zupełną nowością dla nas wszystkich w Sulaco. Sam Ribiera, gdyśmy go tu ocalili, ocucili i uspokoili, był skłonny przypuszczać, że nie wysłano za nim pościgu.
Ribiera uległ natarczywym naleganiom swych przyjaciół i opuścił kwaterę główną swej rozgromionej armii sam, a jego przewodnikiem był mulnik Bonifacio, który wziął na siebie tę odpowiedzialność wraz z ryzykiem. Wyjechał o świcie trzeciego dnia. Resztki jego wojska stopniały w nocy. Bonifacio i on pędzili konno ku Kordylierom; po drodze dostali muły, wjechali w wąwozy i zdołali minąć Paramo Ivie, zanim lodowata wichura zadęła nad tym skalistym płaskowyżem i pogrzebała w zawiei śnieżnej małe, murowane schronisko, w którym spędzili noc. Następnie biedny Ribiera doznał wielu przygód, rozłączył się ze swym przewodnikiem, postradał swego człapaka, przedostał się pieszo z gór na Campo i gdyby się nie zdał na łaskę jakiegoś ranchero, byłby zginął z dala od Sulaco. Ten człowiek, poznawszy go zresztą od razu, dał mu świeżego muła, który padł pod ciężkim i niezręcznym zbiegiem. I było to prawdą, że ścigał go oddział, dowodzony nie przez byle kogo, bo przez samego Pedra Montera, brata generała. Na szczęście mroźna wichura z Paramo dopadła prześladowców na szczycie przełęczy. Kilku ludzi i wszystkie zwierzęta zginęły w lodowatej zawiei. Śmierć zdławiła straż przednią, ale główny oddział nie ustał w pościgu. Znaleźli biednego Bonifacia, dogorywającego u podnóża pokrytej śniegiem krzesanicy i szlachetnym obyczajem wojen domowych zakłuli go natychmiast bagnetami. Byliby pojmali również Ribierę, gdyby z jakiegoś powodu nie byli zboczyli ze szlaku dawnej Camino Real i nie zabłądzili w lasach u podnóża niższych zboczy. Zupełnie niespodziewanie natknęli się na obozowisko robotników budujących tor kolejowy. Inżynier węzła kolejowego doniósł zwierzchnikowi telegraficznie, iż Pedro Montero był przy tej czynności w biurze i przysłuchiwał się stukaniu aparatu. Miał zamiar zająć Sulaco w imieniu demokracji. Zachowywał się jak samowładca. Jego ludzie zarżnęli kilka sztuk bydła należącego do Towarzystwa Kolejowego, nie zapytawszy nikogo o pozwolenie, i zaczęli piec mięsiwo na ogniu. Pedrito wypytywał się szczegółowo o kopalnię i chciał wiedzieć, co się stało ze srebrem wydobytym w ostatnich sześciu miesiącach. Oświadczył rozkazująco:
»Proszę zapytać o to swego przełożonego telegraficznie! Będzie zapewne wiedział. Proszę mu powiedzieć, iż don Pedro Montero, gubernator Campo i minister spraw wewnętrznych nowego rządu pragnie być szczegółowo o wszystkim powiadomiony«.
Stopy miał owinięte w zakrwawione łachmany, twarz wychudłą i zdziczałą, brodę i włosy w nieładzie. Przy chodzeniu utykał, wspierając się na kuli sporządzonej z rozwidlonej gałęzi. Jego towarzysze byli w jeszcze gorszym stanie, ale nie porzucili broni ani, w żadnym razie, całego zapasu amunicji. Ich zapadłe twarze wypełniły drzwi i okna chaty, w której mieściło się biuro telegraficzne. A ponieważ stanowiła ona zarazem sypialnię inżyniera, więc Montero rzucił się na czystą pościel i leżąc, dyktował polecenia, które miały być telegraficznie przekazane do Sulaco. Domagał się, żeby przysłano zaraz pociąg, który by zabrał jego ludzi.
— Odpowiedziałem na to z mojej strony — opowiadał nam dalej naczelny inżynier — iż nie odważyłbym się wysłać taboru kolejowego w głąb kraju, gdyż niejednokrotnie usiłowano uszkodzić pociągi krążące po linii kolejowej. Uczyniłem to dla pana, panie Gould — mówił naczelny inżynier. — Odpowiedź mojego podwładnego zamykała się w słowach: »Plugawe bydlę, leżące na moim łóżku, powiedziało: „A gdybym kazał pana rozstrzelać?”«. Na to mój podwładny, który, jak się zdaje, sam pełnił czynności telegrafisty, zauważył, że pociągu to nie sprowadzi. Wówczas Pedrito, ziewając, miał się odezwać: »Mniejsza o to, nie brak koni na Campo«, i odwróciwszy się, zasnął na łóżku Harrisa.
Oto dlaczego, moje ty kochanie, uciekam już dzisiejszego wieczora. Ostatni telegram z węzła kolejowego donosi, iż Pedro Montero i jego ludzie wyruszyli dziś rano po całonocnym objadaniu się pieczonym mięsiwem. Podobno zabrali wszystkie konie i spodziewali się dostać ich więcej po drodze. Będą tu w niespełna trzydzieści godzin, Sulaco nie jest zatem odpowiednim miejscem ani dla mnie, ani dla wielkich zapasów srebra należącego do koncesji Gouldów.