Ale nie to jest najgorsze. Załoga Esmeraldy przeszła na stronę zwycięzców. Dowiedzieliśmy się o tym od telegrafisty Kompanii Telegraficznej, który przyszedł wczesnym rankiem z tą nowiną do Casa Gould. Było tak wcześnie, że w Sulaco ledwie miało się ku świtaniu. Jego kolega z Esmeraldy wezwał go do aparatu i przekazał, iż załoga, wystrzelawszy niektórych swych oficerów, opanowała rządowy okręt stojący w porcie. To rzeczywiście ciężki cios dla mnie. Sądziłem, iż w tej prowincji można polegać na każdym człowieku. Myliłem się. W Esmeraldzie wybuchła rewolucja monterystowska, podobna do tej, jaką wszczęto w Sulaco, z tą tylko różnicą, iż ta ostatnia się nie udała. Telegrafista donosił o wszystkim Bernhardtowi przez cały czas, a ostatnie nadane przez niego słowa brzmiały: »Wyłamują drzwi i przejmują urząd telegraficzny. Jesteście odcięci. Nie mogę nic więcej zrobić«.
Mimo to udało się mu jeszcze zmylić na chwilę czujność swych siepaczy, którzy starali się zapobiec porozumieniu ze światem zewnętrznym. Dokonał tego. W jaki sposób, tego nie wiem. Dość, że w kilka godzin później przesłał znów do Sulaco słowa następujące: »Zbuntowane wojska opanowały statek rządowy stojący w przystani. Żołnierze wsiadają na ten okręt, by dostać się wzdłuż wybrzeża do Sulaco. Miejcie się zatem na baczności. Mają zamiar odpłynąć za kilka godzin i napaść na was przed wschodem słońca«.
Oto wszystko, co zdołał powiedzieć. Widocznie usunięto go tym razem na dobre od aparatu, gdyż Bernhardt wielokrotnie starał się nawiązać połączenie z Esmeraldą, ale nie otrzymał odpowiedzi”.
Nakreśliwszy te słowa w notatniku, który zapełniał dla siostry, Decoud podniósł głowę i zaczął nadsłuchiwać. Ale niczego nie było słychać ani w pokoju, ani w domu prócz szmeru wody, która kapała z cedzidła do ogromnego, glinianego dzbana. Na zewnątrz domu zalegała ogromna cisza. Decoud znowu pochylił głowę nad notatnikiem.
„Pojmujesz zapewne, iż nie uciekam” — zaczął pisać. — „Usuwam się po prostu wraz z tym drogocennym srebrem, które należy ocalić za wszelką cenę. Pedro Montero od strony Campo i zbuntowana załoga Esmeraldy od strony morza podążają, by je zagarnąć. Jednak znalazło się ono na ich drodze tylko przypadkiem. Właściwym ich celem, jak z łatwością się domyślisz, jest sama kopalnia San Tomé. W przeciwnym razie pozostawiono by bez wątpienia Zachodnią Prowincję w spokoju przez długie tygodnie, by dopiero przy nadarzającej się sposobności zagarnąć ją w posiadanie zwycięskiego stronnictwa. Don Carlos Gould będzie miał niemało do zrobienia, żeby ocalić swą kopalnię wraz z jej urządzeniami i górnikami. Jest to imperium in imperio, ta wytwórnia bogactw, z którą jego sentymentalizm kojarzy osobliwą ideę sprawiedliwości. Przywiązał się do niej, jak inni ludzie przywiązują się do idei odwetu lub miłości. Sądzę, iż się nie mylę co do tego człowieka, przypuszczając, że albo kopalnia pozostanie nietknięta, albo ją zburzy odruch jego własnej woli. W jego chłodne, idealistyczne życie wtargnęła namiętność. Namiętność, z której zdolny jestem zdać sobie sprawę tylko intelektualnie. Niepodobna do namiętności, które my znamy, my, ludzie innej krwi. Mimo to jest niemniej niebezpieczna od naszych.
Jego żona zrozumiała to również. Oto dlaczego idzie ze mną ręka w rękę. Sprzyja wszystkim moim zamierzeniom, mając niezawodne poczucie, iż ostatecznie wyjdą one na dobre koncesji Gouldów. Zaś on ulega jej może nie tyle dlatego, że jej ufa, lecz żeby ją niejako wynagrodzić za jakąś nieuchwytną krzywdę, za wiarołomstwo w uczuciach, które jej szczęście i jej życie rzuca na pastwę opętania przez ideę. Ta mała kobietka domyśliła się, że on żyje raczej dla kopalni niż dla niej samej. Niechże im się stanie wedle ich woli. Każdy ma swe przeznaczenie, ukształtowane przez namiętność lub uczucie. Najważniejsze, że poparła mój pomysł, aby natychmiast wywieźć srebro z miasta i z kraju, za wszelką cenę, za cenę wszelkiego ryzyka. Zadaniem don Carlosa będzie ustrzec od zmazy dobre imię kopalni; pani Gould będzie chroniła męża przed następstwami tej chłodnej, przemożnej namiętności, której lęka się ona bardziej od jego zadurzenia się w innej kobiecie. Wreszcie Nostromo będzie miał za zadanie ocalić srebro. Zamierzamy umieścić je na największej lichtudze Towarzystwa Oceanicznej Żeglugi Parowej i przewieźć przez zatokę do małego portu leżącego już poza obrębem Costaguany, po drugiej stronie Azuery. Stamtąd ma je zabrać pierwszy parowiec płynący na północ. Morze jest tu spokojne, pogrążymy się w ciemnościach zatoki, zanim buntownicy przybędą z Esmeraldy. Kiedy zaś dzień zaświta nad oceanem, będziemy już niewidzialni, ukryci za Azuerą, która wygląda z tutejszego wybrzeża niby bladobłękitny obłok na widnokręgu.
Niesprzedajny capataz de cargadores jest jakby stworzony do tego zadania, zaś ja, człowiek z namiętnością, choć bez zadania, popłynę z nim, by powrócić, odegrać w tej farsie swą rolę do końca i gdyby wypadła pomyślnie, otrzymać nagrodę, której nikt inny dać mi nie może prócz Antonii.
Nie będę już jej widział przed odjazdem. Pozostawiłem ją, jak poprzednio wspomniałem, przy łożu don Joségo. Na ulicy było ciemno, domy pozamykane, gdy szedłem z miasta w głąb nocy. Od dwóch dni nie zapalono ani jednej latarni na ulicach. Łuk bramy wjazdowej wyglądał niby kłąb ciemności o niewyraźnych kształtach wieży. Dolatywały z niej głuche, smutne westchnienia, które wydawały się mi odpowiedzią na szmer męskiego głosu.
Dosłyszałem w jego tonie jak gdyby beztroskę i niedbałość. Znamionuje ona owego marynarza genueńskiego, który podobnie jak ja, dostał się tutaj w odmęt wypadków, do których zarówno jego, jak mój sceptycyzm odnosi się jak gdyby z bierną pogardą. O ile zdołałem wywnioskować, jedyną rzeczą, do której przywiązuje wagę, jest, by dobrze o nim mówiono. Ambicja bywa rysem dusz szlachetnych, ale może być także wodą na młyn wyjątkowo inteligentnych łotrów. Tak. Wyraził się najdosłowniej: »Chciałbym, żeby dobrze o mnie mówiono. Si, señor«. Nie wydaje mi się, żeby odróżniał mówienie od myślenia. Ciekaw też jestem, czy jest to zwykła naiwność czy praktyczny punkt widzenia. Indywidualności wyjątkowe są zawsze dla mnie zajmujące, gdyż pozostają w zgodzie z ogólną regułą wyrażającą stan moralny ludzkości.
Nie zatrzymując się, minąłem ich pod ciemnym sklepieniem bramy, lecz wkrótce dogonił mnie na drodze do portu. Rozmawiał z jakąś nieszczęśliwą kobietą. Szedł obok mnie, ale początkowo nie odzywałem się przez dyskrecję. Po chwili sam zaczął opowiadać. Chodziło o coś innego, niż przypuszczałem. Była to tylko babina, stara koronczarka. Przepadł jej syn, jeden z zamiataczy ulic, wynajmowanych przez magistrat. Przyjaciele przyszli przed świtem i wywołali go przez drzwi z lepianki. Poszedł z nimi i odtąd już go nie widziała. Pozostawiła na poły ugotowaną strawę w stygnącym popiele i podreptała aż do portu, bo słyszała, że podczas rozruchów zabito tam rano kilku miejskich mozos. Któryś z cargadorów stojących na straży Urzędu Celnego wyniósł latarnię i pomógł jej obejrzeć kilka zwłok, które leżały w pobliżu. Zawiedziona w swych poszukiwaniach, powlokła się biedaczka z powrotem. Zastał ją siedzącą na kamieniu pod arkadą. Stękała z wielkiego znużenia. Capataz zagadnął ją i wysłuchawszy urywkowej, płaczliwej opowieści, poradził, żeby poszła rozejrzeć się wśród rannych, którzy leżeli na patio Casa Gould. Dał jej też ćwierć dolara, o czym napomknął niedbale.