— Po co pan to zrobił? — spytałem. — Czy pan ją zna?

— Nie, señor! Nie widziałem jej przedtem na oczy, bo nie mogłem widzieć. Zapewne już od lat nie wychodziła na ulicę. To jedna z tych staruszek, które siedzą w tym kraju gdzieś w głębi chat, przykucnięte przy ognisku, mają przy sobie kij na ziemi, ale są za słabe, żeby odpędzić bodaj bezpańskiego psa od swych garnków. Caramba! Słuchając jej głosu, ma się wrażenie, iż śmierć o niej zapomniała. Ale stare czy młode, wszystkie lubią pieniądze i dobrze mówią o człowieku, które je daje. — Jego głos drgnął śmiechem. — Señor, poczułem na ręce jej szpony, gdy wetknąłem jej do garści tych kilka groszy! — Zatrzymał się. — Ostatnie, które miałem.

Nic mu nie odpowiedziałem. Znany jest ze swej hojności, nie ma przy tym szczęścia do gry w monte. Zgrywa się i jest tak samo ubogi, jak był przedtem.

— Myślę, don Martinie — zaczął jak gdyby w zadumie — iż señor administrador kopalni San Tomé odwdzięczy mi się kiedyś, gdy mu ocalę to srebro.

Odrzekłem, że nie ulega to wątpliwości, że jest to rzeczą pewną. Szedł dalej, mamrocząc do siebie:

Si, si, na pewno, na pewno! I widzi pan, co to znaczy, gdy o kimś ludzie dobrze mówią. O nikim innym nie pomyślano by nawet, gdyby chodziło o taką sprawę. Dostanie mi się kiedyś za to nie byle co. Oby rychło. — pomrukiwał. — Czas mija w tym kraju równie prędko, jak gdzie indziej na świecie.

Oto, soeur chérie205, mój towarzysz w wielkiej ucieczce dla dobra wielkiej sprawy. Jest on bardziej naiwny niż przebiegły, bardziej władczy niż zręczny, szczodrobliwszy w szafowaniu swą osobą od ludzi, którzy posługują się nim za swe pieniądze. Zapatruje się też w ten sposób na siebie, raczej z dumą niż z sentymentem. Cieszę się, że się z nim zaprzyjaźniłem. Jako towarzysz nabiera nierównie większego znaczenia, niżeli je kiedykolwiek miał w roli geniusza206 niższej rangi, autentycznego marynarza włoskiego, któremu pozwoliłem wstępować na godzinkę i gawędzić poufale z redaktorem „Porveniru”, gdy dziennik był już pod prasą. Ciekawą, zaiste, jest rzeczą spotkać człowieka, dla którego wartość życia polega na osobistej renomie.

Teraz czekam tu na niego. Gdyśmy przyszli do posady Violi, dzieci były same na dole, zaś stary genueńczyk krzyknął na swego rodaka, by sprowadził doktora. Gdyby nie to, bylibyśmy poszli na nabrzeże portu, gdzie kapitan Mitchell wraz z kilku chętnymi Europejczykami i paru gorliwymi cargadorami ładuje na lichtugę srebro, które trzeba ocalić ze szponów Montery, żeby posłużyło do jego pogromu. Nostromo cwałem popędził do miasta. Pojechał już dawno. Dzięki temu miałem dość czasu, by do Ciebie napisać. Niejedno jeszcze zdarzy się do chwili, kiedy ten notatnik znajdzie się w twoich rękach. Ale obecnie nastąpiła przerwa pod unoszącymi się nad nami skrzydłami śmierci w tym głuchym domu, pogrążonym wśród mroków nocnych, gdzie umiera kobieta, gdzie dwoje dzieci tuli się w milczeniu do siebie, zaś przez gruby mur, niby chrobot myszy, słychać stąpanie starca, który chodzi po schodach, z lekka powłócząc nogami. Jestem tu jedyną prócz nich osobą i nie wiem doprawdy, czy zaliczać siebie do żywych, czy do umarłych. Quien sabe?207, jak mają zwyczaj odpowiadać tutejsi ludzie na każde pytanie. Ale nie! Uczucie do Ciebie na pewno nie umarło i to wszystko, ten dom, ta ciemna noc, te milczące dzieci w tej mrocznej izbie, nawet moja tu obecność jest życiem, musi być życiem, bowiem jest tak bardzo podobna do snu”.

Kreśląc te ostatnie słowa, Decoud doznał uczucia nagłego, całkowitego zapomnienia. Zachwiał się nad stołem, jakby ugodzony kulą. Lecz zaraz opamiętał się, zmieszany, gdy usłyszał, że ołówek potoczył się na podłogę. Niskie drzwi kawiarni stały otworem. Wypełniał je blask pochodni; widniała przy niej połowa konia, chłoszczącego ogonem nogę jeźdźca z długą żelazną ostrogą, przytwierdzoną rzemieniami do nagiej pięty. Dziewczynki odeszły. Pośrodku izby stał Nostromo, spoglądając na niego spod okrągłego ronda sombrera wciśniętego głęboko na oczy.

— Przywiozłem tego angielskiego doktora z kwaśną gębą powozem señory Gould — odezwał się Nostromo. — Wątpię, czy tym razem zdoła swą wiedzą ocalić padronę. Posłali po dzieci. To zły znak.