niby na pastwę losu rzucona placówka...

Patrzę — słucham — czy swego czy wroga wytropię...

Wśród twych wnęków, twych zapadłych kabin,

maskowanych kobiercem gęstych, jasnych muraw,

wytężam wzrok przed siebie — i czuwam jak żóraw —

i w pogotowiu wciąż jestem...

A gdy ZJAWY nadejdą — w widzie czy niewidzie —

wówczas za pierwszym lekkim ich stopy szelestem

zerwę się, myśl w ich stronę zmierzę jak karabin,

wołając: «Stój!... Kto idzie?!...»