lampy na smukłych słupach biją jak wodotryski

płynące złotem szemrzą o zachodzie okna

ulic klingi placów regularne dyski

futra skwerów zlał blask tego ognia

tak w śródmieściu się pali dzień dogasający

inaczej tu o milę od murów

za sitowiem zapada słońce

jak ciężka szala wagi na której zmierzch urósł

czas

wieczność czasu