palce rozprute marzeniem ociekające przez liczbę

ku dołom rozkopanym ku rudawym glinom

linią inną

ach patrz duch młot upuścił na szyny i szpały

duch w skrzydłach jęczy z nagła taje w atmosferze

przy dzwonie rękopisy polskę obsiewały

kto anioła wyzwolił z obłoku sam nie żył

spokojnie miękko świeci chwila bez godziny

ostrzą się na kamieniu zórz lotki jaskółkom

bramo przytułku okna przytułku