6. Zdarzenie to jeszcze bardziej rozjątrzyło Jana na Józefa, przeto inną rzecz ułożył w swej głowie na niego. Udając, iż ciężko zaniemógł, wyprosił sobie u Józefa pismo, aby się mógł z nim udać do Tyberiady do ciepłych źródeł754 i tam zażywać kąpieli bardzo dobrze na zdrowie działających. Ten, przebiegłości jego jeszcze zupełnie nie znając, napisał do starszyzny tego miasta, aby Jana podjęto gościnnie i pomyślano o jego potrzebach. Jan umiał to należycie wykorzystać, bo już w ciągu dwóch dni ujawnił, po co właściwie tam przybył, i czy to za pomocą kłamliwej gadaniny, czy też za pomocą przekupstwa jął mieszkańców na Józefa burzyć. Sylas, który z ramienia Józefa dzierżył straż nad miastem, wnet go powiadomił o tych zdrajczych knowaniach. Józef, otrzymawszy pismo, zaraz nocą w drogę ruszył i przybył do Tyberiady nad ranem. Kiedy życzliwa część ludności wybiegła, aby go powitać, Jan, wiedząc doskonale, co Józefa tutaj sprowadza, posłał jednego ze swoich zaufanych, aby go wytłumaczył, iż jest obłożnie chory i przeto nie może przyjść, aby mu się pokłonić. Skoro jednak Józef zgromadził Tyberiadczyków w stadionie, aby rozmówić się z nimi o treści owego listu, Jan posłał tam zbrojnych, aby go zabili. Kiedy ci w zgromadzeniu jęli obnażać miecze, lud zakrzyknął, Józef obejrzał się, a spostrzegłszy niebezpieczeństwo, dał skok na wybrzeże; albowiem, aby wygodniej mówić do zgromadzenia, wstąpił był na wzgórek około sześciu stóp wysoki, skąd też skoczył między stojące tam łodzie i odpłynął na środek jeziora.
7. Natychmiast żołnierze jego, chwyciwszy za broń, rzucili się na owych złoczyńców. Józef, obawiając się, aby nienawiść kilku ludzi wojny domowej nie wywołała i żeby mu całe miasto nie odpadło, wysłał do swoich gońca i przykazał im tylko o własnym myśleć bezpieczeństwie, nikogo zaś do odpowiedzialności nie pociągać ani nie zabijać. Żołnierze zastosowali się do tego rozkazu i dali wszystkiemu spokój, ale lud okoliczny, dowiedziawszy się o zamachu i posłyszawszy imię tego, co ów zamach uknuł, w lot ruszył na Jana, który wszelako zbiegł do Gischali, ojczyzny swojej. Ze wszystkich miast galilejskich nadciągał uzbrojony lud całymi tysiącami i wołał do Józefa, iż chce na Jana ruszyć i spalić go razem z miastem755, które mu daje schronienie. Józef dziękował ludowi za okazaną przychylność, ale powstrzymywał756 zapędy, powiadając, że chce przeciwników pokonać nie mieczem, lecz rozumem. Zaraz też począł się wywiadywać, gdzie i w jakich miastach Jan ma stronników, a mieszkańcy nawet mu własnych krewnych swoich chętnie wymieniali. Józef kazał przez obwoływaczy obwieścić groźbę, że ktokolwiek w ciągu najbliższych pięciu dni Jana nie odstąpi, to jego dobytek zostanie splądrowany, a domy wraz z rodzinami ogniem spalone. I oto skutek był taki, że zaraz trzy tysiące ludzi do Józefa od Jana przyszło i broń swą u nóg jego złożyło. Jan zaś z resztą stronników, składających się z dwóch tysięcy zbiegów syryjskich, znów od jawnego działania do skrytych przerzucił się knowań. Cichaczem też posłał do Jerozolimy, siejąc tam na Józefa podejrzenia, iż wielkie zbiera wojsko i niebawem jako tyran do Jerozolimy wkroczy, o ile ktoś w porę go nie powstrzyma. Ale lud takie rzeczy przewidywał i nie zwracał uwagi na gadaninę. Możni jednak i niektórzy spomiędzy starszyzny, zawiścią kierowani, posłali w tajemnicy Janowi pieniądze, aby zebrał najemników i wyruszył na Józefa; a także między sobą uradzili odebrać mu zarząd nad Galileą. Czuli jednak, że samo postanowienie nie wystarcza, wysłali przeto dwa tysiące pięćset hoplitów, a z nimi czterech wybitnych mężów, których imiona: Joesdros, syn Nomikosa, Ananiasz syn Saduka, oraz Juda i Szymon, synowie Jonatesa, wszyscy mówcy znakomici, którzy mieli Józefa u ludu zniesławiać. Gdyby nie stawiał oporu, winni żądać od niego usprawiedliwienia, gdyby zaś siłą trzymać się chciał na stanowisku, mają obejść się z nim jak z jawnym wrogiem. Przyjaciele powiadomili Józefa o wymarszu wojska, ale o zamysłach owych nic mu donieść nie mogli, bo wszystko było chowane w największej tajemnicy. Skoro tedy Józef żadnych nie przedsiębrał środków, cztery miasta: Sefforis, Gabara757, Gischala i Tyberiada, przeszły na stronę jego nieprzyjaciół. Ale mimo to zdołał, nie dobywszy nawet miecza, pozyskać je znowu dla siebie. Za pomocą podstępu ujął owych czterech przywódców oraz najwybitniejszych ludzi z tego wojska i odesłał ich do Jerozolimy. Lud zawrzał i byłby może wszystkich ich trupem położył, gdyby się nie byli szczęśliwie ucieczką ratowali.
8. Jan teraz bał się Józefa i za mury Gischali nie wyglądał. Wkrótce potem znowu odpadła Tyberiada; mieszkańcy jej zwrócili się o pomoc do króla Agryppy. Gdy ten w porze wyczekiwanej nie zjawił się i gdy natomiast w mieście pokazało się kilku rzymskich jeźdźców, Tyberiadczycy obwołali, iż Józef ma wzbroniony wstęp do miasta. Doniesiono o tym Józefowi natychmiast do Tarychei, wszelako właśnie wszystkich żołnierzy rozesłał był po żywność, bez nikogo jechać tam nie mógł, a pozostawać w Tarychei także bezpiecznym mu się nie wydało, bo wojsko królewskie każdej chwili mogło było wtargnąć. Nazajutrz znowu wypadał szabat i przeto nic mu nie wolno było przedsiębrać. Wtedy umyślił użyć na wichrzycieli podstępu. Kazał pozamykać wszystkie bramy Tarychei, aby zamysły jego nie przedostały się do tych, przeciwko którym były skierowane. Następnie polecił pościągać z jeziora wszystkie łodzie w liczbie trzystu trzydziestu758, a w każdej siedziało nie więcej jak czterech wioślarzy. Z tymi łodziami szybko podpłynął do Tyberiady, przykazał ludziom zatrzymać się w takim oddaleniu, aby wyraźnie widziani nie byli, a sam na jednej, mając tylko siedmiu ze straży i to bez uzbrojenia, podpłynął bliżej. Zaledwie postrzegli go z murów ci, co go jeszcze tak niedawno lżyli, kiedy mniemając, że łodzie owe przepełnione są wojskiem, porzucili broń, jęli powiewać gałązkami oliwnymi na znak błagania i prosić, by miał zmiłowanie nad miastem.
9. Józef nawygrażał się im, zasypał ich wyrzutami, że gdy pierwsi się rwali do wojny z Rzymianami, teraz tak potrzebne siły marnują na wewnętrzne niesnaski, a to niezawodnie ku wielkiej uciesze nieprzyjaciela. I jeszcze im wyrzucał, że się porwali na człowieka, który o ich bezpieczeństwie myślał, że przed tym bramy zamykają, który ich w te bramy zaopatrzył. Wreszcie oświadczył, że gotów jednak każdemu wybaczyć, jeśli się tylko przyczyni, aby miasto powróciło do dawnej względem niego wierności. Zaraz też dziesięciu obywateli największego wpływu wyszło do niego. Józef kazał im wsiąść do łodzi, a łodziom płynąć na środek jeziora. Potem wezwał na łodzie pięćdziesięciu radnych najbardziej poważanych pod pozorem, że chce od nich odebrać przysięgę na wierność. I tak coraz więcej wzywał obywateli do siebie, wciąż pod pozorem zawierania z nimi układu. Wioślarzom zaś nakazał z przepełnionymi łodziami płynąć pospiesznie do Tarychei i tam wszystkich powtrącać do więzienia. W ten sposób całą prawie radę z sześciuset ludzi złożoną i prócz tego dwa tysiące obywateli przewiózł na łodziach do Tarychei.
10. Pozostali na brzegu Tyberiadczycy jęli śród wrzawy niepomiernej krzyczeć, że cały bunt uknuł Klejtos; żądali od Józefa, aby na nim gniew swój wywarł. Józef jednak nikogo nie chciał na śmierć skazywać, przeto polecił jednemu ze swojej straży przybocznej imieniem Lewi odciąć temu człowiekowi obie ręce. Gdy ten, bojąc się wielkiej liczby przeciwnika, do spełnienia rozkazu jakoś się nie zabierał, Józef, rozgniewany, kazał swoją łódź kierować do brzegu, aby samemu karę wymierzyć. Klejtos, widząc to, począł z daleka błagać, aby mu bodaj jedną rękę pozostawiono. Józef przyzwolił, o ile Klejtos sam sobie jedną utnie rękę. Ten tedy istotnie chwycił miecz w prawicę i odciął sobie nim rękę lewą. Oto jak bał się Józefa. W ten sposób Józef za pomocą pustych łodzi i siedmiu ze straży swojej ujarzmił całą Tyberiadę i do wierności względem siebie nawrócił. Po kilku dniach, gdy miasto zajął żołnierzem, kazał je splądrować759, a także Sefforis, które również odpadło. Jednakowoż potem, co tylko zebrał dobytku, oddał obywatelom obu miast, bo poskromiwszy ich, strachu im tylko chciał rabunkiem napędzić, a oddając im mienie z powrotem, znowu ich sobie zjednał.
XXII
1. Tak zakończyło się wrzenie w Galilei, a skoro tylko ucichły domowe niesnaski, zaraz się zabrano do zbrojenia przeciwko Rzymianom. W Jerozolimie arcykapłan Anan i spomiędzy starszyzny ci, co nie stali po stronie Rzymian, naprawiali mury, a kazali sporządzać wiele narzędzia wojennego. W całym mieście odkuwano pociski i wszelki inny rynsztunek, młódź gromadami ćwiczyła się w robieniu bronią, wszelako każdy na własną rękę, wszędzie panował zamęt, ludzi umiarkowanych ogarnęło przygnębienie, a wielu, przewidując klęski, głośno biadało. Pojawiały się wróżby, które za bardzo złowieszcze uważali ci, co pokoju pragnęli, ale natomiast inni, którzy parli do wojny, wyciągali sobie z nich znaczenie pomyślne. Zanim jeszcze Rzymianie pojawili się, już miasto miało taki wygląd, jak gdyby było skazane na zagładę. Anan chciał na czas jakiś wstrzymać zbrojenia, aby przywódców wichrzycielstwa i szalejących gorliwców, bo tak ich nazywano, wciągnąć do jakiejś płodnej roboty. Ale to była przemoc, której nie dał rady. O tym, jak życie swoje zakończył, później opowiem760.
2. W toparchii Akrabatta Szymon, syn Giory, zebrał wielką liczbę wichrzycieli i począł uprawiać rozbój, przy czym nie tylko napadał na domy ludzi bogatych, ale ich samych na ciele znieważał; tu poczęła się ujawniać jego przyszła tyrania. Anan i starszyzna wysłali na niego wojsko, ale on ze swą bandą umknął do opryszków w Masadzie, gdzie się chronił aż do upadku Anana i innych przeciwników swoich, biorąc tymczasem udział w napadach na Idumeę. Z powodu bezustannych mordów i napadów starszyzna idumejska musiała zebrać wojsko i obsadzić wszystkie wsie. Oto jak stały wtedy sprawy w Idumei761.