10. Wał tymczasem rósł i już niebawem zrównać się miał z blankami murów twierdzy. Zauważył tedy Józef, jak wielkie miastu grozi niebezpieczeństwo, jeżeli nie wymyśli czegoś ku obronie. Zgromadził tedy budowniczych i kazał im wziąć się do pracy nad podwyższeniem muru. Ci jednak orzekli, iż nie ma żadnego sposobu budować pod takim gradem pocisków. Tedy Józef wpadł na pomysł następujący. Aby budowniczym utworzyć osłonę, kazał powpuszczać w mur pale, rozciągnąć na nich skóry świeżo zdarte z wołów, aby miotane przez balisty głazy w nich więzły, inne pociski od nich się odbijały, a ciskany ogień wilgoci skór się nie imał. Pod taką tedy osłoną dzień i noc bezpiecznie ludzie pracowali; toteż podwyższyli mur o łokci dwadzieścia, pobudowali na nim nowe blanki i liczne prócz tego wznieśli wieże. Znacznie przeto ostygł wojenny zapał Rzymian, którym się zdawało, że już są w środku miasta; zdumieli zarówno nad pomysłowością Józefa, jak i nad uporem oblężonych.
11. Ten czyn strategiczny i śmiałość obrońców Jotapaty srodze rozgniewały Wespazjana. Zaraz też Żydzi, nabrawszy wielce odwagi wskutek owego szczęśliwego podwyższenia muru, ponowili swoje napady na Rzymian i znowu dzień w dzień toczyły się utarczki, dokonywane były napady bandami, zasadzki rozmaite, plądrowanie tego, co się plądrować dało, palenie rusztowań oblężniczych, aż Wespazjan postanowił bój przerwać, a szczelnie otoczone miasto brać głodem. Rozumował, że pozbawieni żywności obrońcy albo do niego zwrócą się z błaganiami, albo gdy upór do ostateczności doprowadzą, zginą z niedostatku. Sądził też, że łatwiej rzecz pójdzie, gdy jakiś czas będzie zwlekał i dopiero na wyczerpanych brakiem środków napady ponowi. Rozkazał tedy czekać, a pilnie tylko strzec oblężonego miasta.
12. Zboża i wszelkich innych zapasów prócz soli było w Jotapacie pod dostatkiem, natomiast brakowało wody, gdyż w mieście nie wytryskało ani jedno źródło i trzeba się było obywać tylko deszczówką. Ale deszcz latem jest w tych okolicach rzadkością, a właśnie na tę porę przypadło oblężenie. Myśl, że może wody zabraknąć, tak przygniatała mieszkańców, jak gdyby już istotnie ostatnie wyczerpano wiadro. Józef rozważywszy, że miasto jest dostatecznie w żywność zaopatrzone, że odwaga obrońców niezachwiana, pragnąc przedłużyć oblężenie nad wszelkie rachuby Rzymian, rozkazał wydzielać ludziom racje wody. Ale wstrzemięźliwość drażniła ich niemal jeszcze bardziej niż rzeczywisty brak; że nie mogli pić do woli, jęli tak łaknąć, jak gdyby z pragnienia ginęli. Rzymianom w dodatku nie pozostało to tajne, albowiem z wału swego górą przez mur spoglądając, widzieli, jak się lud w jedno miejsce schodził, jak mu wodę odmierzano. Natychmiast zatem na to miejsce poczęli miotać pociski i znaczną ilość ludzi ubili.
13. Wespazjan mógł tedy liczyć na to, że niebawem zbiorniki zostaną wyczerpane i że miasto z braku wody będzie się musiało poddać. Józef, chcąc mu odebrać te nadzieje, nakazał swoim ludziom zmoczyć szaty i rozwiesić na blankach, że wszędzie woda ściekała po całym murze. Takie szafowanie wodą, której przecież miało brakować, zasępiło Rzymian, a sam wódz naczelny, straciwszy wiarę w możność zdobycia miasta przez wygłodzenie, znowu sięgnął do broni i gwałtu. Tego tylko gorąco Żydzi pragnęli. Zwątpiwszy bowiem, że zdołają uratować i siebie, i miasto, woleli ginąć w boju niż marnieć powoli z głodu i pragnienia.
14. Prócz tego podstępu Józef obmyślił jeszcze inny, którego celem było obfite zaopatrzenie miasta w żywność. W stronie zachodniej przez niedostępną szczelinę skalną, której wróg nawet nie uważał za właściwe strzec należycie, wysyłał listy, ile razy jeno chciał, do Żydów okolicznych, wyciągał w górę tę żywność, której w mieście było mniej, nakazywał tylko ludziom, aby mijając posterunki, pełzali, okrywszy plecy kosmatymi skórami, to straże nocne, gdyby ich nawet spostrzegły, brać ich będą za psy. W końcu jednak i ten podstęp został wyśledzony, a Rzymianie szczelinę obstawili żołnierzem.
15. W owym czasie Józef zauważył, że miasto długo już utrzymać się nie może i że jego osobisty ratunek byłby bardzo wątpliwy, gdyby w nim pozostał. Przeto w kole starszyzny począł się naradzać nad ucieczką. Ale tłum wymiarkował te jego zamiary, obległ go i błagał, aby ich nie opuszczał, bo w nim jedyna nadzieja obrony miasta. Póki tu pozostanie, będą walczyli do upadłego, a gdyby nawet w ręce nieprzyjacielskie dostać się mieli, jego obecność podtrzyma w nich ducha. Nie powinien uciekać przed wrogiem, nie powinien opuszczać przyjacielskiej drużyny, nie powinien w czasie burzy opuszczać okrętu, na który wsiadł, gdy przyświecała pogoda. Ucieczką swoją zada miastu cios ostateczny, bo nikt już nie będzie śmiał potykać się z nieprzyjacielem, gdy braknie tego, który wszystkich krzepił.
16. Józef tłumaczył im, że bynajmniej nie dla własnego ratunku chce opuścić miasto, ale wyłącznie dla ich dobra821. Oblężenie mogą wytrzymywać i bez niego, a jeśli padną, to zginie on niepotrzebnie razem z nimi. Tymczasem, przedarłszy się przez nieprzyjaciela, może im oddać ważne usługi. Zbierze pospiesznie okolicznych Galilejczyków, napadnie na Rzymian, odciągnie ich od miasta. A tu nie tylko nie może im być pomocny, lecz obecnością swoją jedynie do coraz większego naporu na miasto podżega Rzymian, którym bardzo na tym zależy, aby go dostać w swoje ręce. Gdy dowiedzą się, że zbiegł, zapał ich zaraz ostygnie. Wszelako nie udało mu się tymi wywodami przekonać tłumu, który jeszcze bardziej cisnął się dokoła niego. Młódź822, starcy, niewiasty z niemowlętami u piersi padały z płaczem przed nim, obejmowały za nogi i szlochając, prosiły, aby pozostał i dolę ich dzielił, a jak się zdaje, nikt mu ratunku nie zazdrościł, jeno, zatrzymując go, w swój własny wierzył. Ustaliło się bowiem śród ludu mniemanie, że póki Józef z nimi, nic złego im stać się nie może.
17. Jóżef spostrzegł, że gdyby się dalej przy swoim opierał, to te błagania łatwo mogłyby się zamienić na otwarty bunt przeciw niemu. Zresztą błagania owe bardzo go wzruszyły i bardzo jego zamiarami zachwiały. Postanowił tedy zostać, a natchniony położeniem chwili zawołał: „Walczmy tedy natychmiast, kiedy wszelka nadzieja ratunku dla oczu naszych zagasła, za cenę życia zdobywając piękną sławę, a potomność niechaj wie823 o naszych bohaterstwach!”. Po tych słowach natychmiast wziął się do czynu. Na czele najmężniejszego oddziału obrońców Jotapaty rzucił się z miasta na wroga, rozbił przednie straże, dotarł do samego obozu, zniszczył osłony nad ludźmi budującymi wał i rzucił ogień na budowle oblężnicze. Takie same wypady czynił dnia drugiego i dnia trzeciego, i jeszcze przez cały szereg dni następnych, walcząc i dniem, i nocą, bez spoczynku.
18. Wespazjan, widząc, jakie wskutek tych napadów Rzymianie straty ponoszą, jaki wstyd im przed Żydami pierzchać, a gdy Żydzi zwycięsko się cofają, jak trudno im dopędzać ich w ciężkim uzbrojeniu, jak Żydzi, straty zadawszy, całkiem bezpiecznie do miasta za każdym razem uchodzą, rozkazał hoplitom usuwać się od starć, a nie walczyć z ludźmi, którzy tylko śmierci szukają. Nic bowiem tak niebezpiecznym w boju nie czyni, jak rozpacz, a gdy się usuną, wtedy szał bojowy Żydów wygaśnie jak ogień, gdy braknie drew, które pożerałby swymi płomieniami. Zresztą Rzymianie powinni spomiędzy różnych dróg do zwycięstwa wiodących obierać tę, która jest najpewniejsza, gdyż nie prowadzą wojny obronnej, ale zaborczą. Odtąd też dla odpierania napadu Żydów używano głównie łuczników arabskich i procarzy syryjskich. Były także w ustawicznym ruchu wszystkie machiny oblężnicze. Przed pociskami z nich padającymi Żydzi cofali się zawsze ze stratami, ale jeśli udało się im podejść bliżej, zadawali Rzymianom ciężkie razy, walcząc na śmierć i życie, a miejsce rannych i niezdolnych do walki zastępowały po obu stronach wciąż nowe siły.
19. Gdy tak wszystko się przewlekało, a napady Żydów tylko się mnożyły, Wespazjan podlegał wrażeniu, że nie on oblega, jeno sam jest oblężony. Ponieważ wały bardzo się już do murów zbliżyły, przeto postanowił podsunąć taran. Jest to potężny bal niby maszt okrętowy, na przedzie mający silne okucie w kształcie głowy baraniej i dlatego też zwą go baranem. Bal ten, w połowie swej długości ujęty liną, wisi na belce poprzecznej, spoczywającej na dwóch tęgich palach. Cały zastęp żołnierzy odciąga ów taran w tył, a następnie rzuca go naprzód, tłukąc mur żelaznym okuciem. Nie ma ni wieży tak mocno zbudowanej, ni muru tak grubego, który by po pewnej ilości tych potężnych uderzeń nie skruszał i nie rozpękł się. Po ten srogi przyrząd sięgnął teraz wódz rzymski, bo już mu się spieszyło do miasta, albowiem ruchliwość Żydów przy dalszym zwlekaniu mogła jedynie zwiększyć poniesione straty. Zarazem podsunięto bliżej katapulty i inne machiny miotające pociski, aby spędzić z murów tych, którzy by chcieli przeszkadzać. Także bliżej podeszli łucznicy i procarze. Gdy wobec tego żaden z obrońców Jotapaty nie mógł się ważyć wstąpić na mur, żołnierze rzymscy podsunęli taran, który dla osłony samego przyrządu i ludzi obsługujących go pokryty był ze wszystkich stron plecionkami wiklinowymi, a w górze jeszcze skórami. Zaraz przy pierwszym uderzeniu drgnął mur, a z piersi obrońców Jotapaty wybiegł ogromny krzyk, jak gdyby już wszystko było stracone.