30. Wespazjan chciał podnieść na duchu swe wojska, które znacznie ucierpiały, tymczasem wzburzony żołnierz żądał nie słów pociechy, ale komendy do nowego boju. Tedy Wespazjan kazał jeszcze więcej podwyższyć wały i wznieść trzy wieże wysokości po pięćdziesiąt stóp i dać im okucie żelazne ze wszystkich stron, aby silnie stały i aby się ich ogień nie imał. Na tych wieżach ustawił łuczników, dzirytników i najlepszych procarzy, a oprócz tego lżejsze machiny. Wieże, opatrzone w wysokie blanki, zakrywały zupełnie żołnierzy, którzy natomiast mogli stojących na murach Żydów doskonale widzieć i wygodnie do nich mierzyć. I oto przed tymi z góry padającymi pociskami Żydzi w żaden sposób nie byli w stanie się zasłaniać ani też ranić wrogów tak wysoko stojących, ani wreszcie wież niszczyć ogniem; przeto opuścili mur i znowu czynili napady, uderzając na tych, którzy szli do szturmu. Oto w jaki sposób obrońcy Jotapaty stawiali Rzymianom czoło, chociaż codziennie wielu z nich ginęło; strat poważnych wrogowi zadawać już nie mogli, jedynie zdołali odpierać go z licznymi stratami własnymi.
31. W tych dniach Wespazjan wysłał Trajana839, dowódcę legii dziesiątej, na czele tysiąca konnicy i dwóch tysięcy piechoty, aby zajął jedno z sąsiednich miast, zwane Jafa, które na wieść o nadspodziewanie uporczywej obronie Jotapaty również za broń chwyciło. Wódz zauważył, że trudno mu będzie miasto zdobyć z powodu jego położenia oraz potrójnego muru. Ale obywatele Jafy wyszli naprzeciw niego z bronią w ręku. Przeto wszczął z nimi bitwę i po bardzo krótkim oporze przegnał ich. Skryli się tedy za pierwszy mur, lecz Rzymianie na ich karkach wpadli tam za nimi. A kiedy obywatele chcieli uciec za następny mur, mieszkańcy zamknęli przed nimi bramy, bo obawiali się, że wróg wpadnie w ślad za nimi. Widać sam Bóg obarczył tą klęską Galilejczyków na rzecz Rzymian, skoro bracia przed braćmi miasto zamknęli i całą zbrojną załogę na rzeź Rzymianom wydali. Gdy się tłoczyli u bram i po imieniu wołali na współobywateli, aby im otwierali czym prędzej, z tym błagalnym wołaniem na ustach zostali w pień wycięci. Pierwszy mur zamknęli za nimi nieprzyjaciele, drugi ich własny współobywatel. Wciśnięci między te dwie ściany jedni zabijali drugich, ci znowu kończyli samobójczo, ale większość popadała w rzymskie ręce, nie mogąc się zdobyć na żadną obronę. Bowiem oprócz grozy, jaką posiał wróg, złamała w nich ducha zdrada ze strony obywateli. Ginęli, przeklinając nie Rzymian, ale własnych rodaków, a padło ich ogółem dwanaście tysięcy. Trajan mniemał, że miasto ogołocone zostało z obrońców, a jeśliby się nawet jacy znaleźli, braknie im odwagi począć coś godziwego; zapragnął więc ostateczne zdobycie miasta zachować dla naczelnego wodza. Posłał tedy do Wespazjana z prośbą, aby dla dokonania zwycięstwa odkomenderował syna. Wespazjan, przypuszczając, że przecież może trzeba będzie stoczyć jeszcze jakieś walki, dał synowi pięćset konnicy i tysiąc piechoty. Tytus szybko podążył pod miasto, ustawił wojsko w szyku bojowym, Trajanowi powierzył dowództwo nad lewym skrzydłem, sam zaś stanął na czele prawego i rozpoczął szturm. Kiedy żołnierze ze wszystkich stron poprzystawiali drabiny do murów, Galilejczycy po krótkiej obronie cofnęli się od obwarowań, przeto wojsko Tytusa zajęło je i wkroczyło do miasta. Tu wszelako napotkali Żydów stłoczonych w gromadę i musieli stoczyć z nimi zaciętą walkę. W ciasnych uliczkach Żydzi rzucili się na nich, a kobiety, stojąc na dachach, miotały na głowy wroga wszystko, co im wpadło w ręce. Walka trwała aż sześć godzin. Ale gdy padli w boju tym wojownicy, Rzymianie mogli już bezpiecznie mordować ludność, czy to na mieście, czy po domach, co też czynili, na żadne różnice wieku nie zważając. Nie pozostawili przy życiu ani jednego człowieka płci męskiej prócz niemowląt, które wraz z niewiastami zaprzedano w niewolę. W bitwie tej, jako i w walkach poprzednich padło ogółem piętnaście tysięcy ludzi, a zaciągnięto w niewolę dwa tysiące sto trzydzieści. Klęska ta spadła na Galilejczyków w dwudziestym piątym dniu miesiąca Daisios.
32. Samarytanie także nie uniknęli ciosu. Zebrali się na swojej świętej górze Garizim, a choć nigdzie stamtąd nie ruszali, przecież sama ich liczba, a przy tym ich zachowanie się było groźbą wojenną. Klęska sąsiadów wcale ich nie otrzeźwiła; słabości swojej bynajmniej nie postrzegając, a pragnąc zmierzyć się z szczęśliwymi Rzymianami, czekali tylko chwili do wszczęcia buntu. Wespazjan sądził, że należy ich ubiec, a zapędy ukrócić. W całej bowiem Samarii pozostawały różne załogi rzymskie i trzeba się było o nie poważnie zatroszczyć wobec tak wielkiej liczby i wyzywającego zachowania owych tłumów zebranych na górze. Wysłał tedy Cerealiusza, przełożonego legii piątej, na czele sześciuset jeźdźców i trzech tysięcy piechoty. Ten jednak, ujrzawszy te tłumy na górze, uważał za rzecz niebezpieczną piąć się ku nim na wyżynę i wdawać się z nimi w bój. Poprzestał tedy na tym, że górę ze wszystkich stron otoczył wojskiem i cały dzień dawał baczenie na tłumy. Tymczasem Samarytanom zabrakło wody, a upał, jako to latem, był straszny. Tłum w ogóle nie zaopatrzył się w żywność, niektórzy jeszcze tego samego dnia pomarli z pragnienia, a wielu, woląc niewolę od takiego zgonu, przechodziło do Rzymian. Skoro Cerealiusz od tych zbiegów zasłyszał, że Samarytanie są całkiem wycieńczeni, wstąpił na górę i ze wszystkich stron ich otoczył. Najpierw zażądał, aby się poddali; kazał im, by dbając o swój ratunek, broń odrzucali, a wtedy szczędzić ich będzie. Ale gdy tym nic u nich nie wskórał, kazał ich wszystkich wyciąć do nogi, a było ich jedenaście tysięcy sześćset. Działo się to dnia dwudziestego siódmego miesiąca Daisios. Oto jaka klęska spadła na Samarytan.
33. Tymczasem obrońcy Jotapaty dzielnie wytrzymywali oblężenie i nad wszelkie przewidywania znosili mężnie okropności wojny. Aż nareszcie czterdziestego siódmego dnia, kiedy wały rzymskie przewyższyły mury miejskie, zbieg pewien tego dnia właśnie doniósł Wespazjanowi, jak szczupła i jak wycieńczona jest owa garstka obrońców i jak wskutek ciągłego czuwania i bezustannych walk stopniała, że nie byłaby w stanie odeprzeć silniejszego szturmu, że w dodatku można by miasto całe wziąć fortelem, gdyby go tylko kto chciał użyć. Albowiem zawsze w czasie ostatniej straży nad ranem obrońcy, mniemając, iż na chwilę są bezpieczni, niesłychanym trudem zmożeni, w sen krótki zapadają, a wtedy nawet straże pochylają głowy, przymykając oczy. Radzi tedy o tej porze właśnie szturm do miasta przypuścić. Wespazjan nie dowierzał zbytnio temu doniesieniu, wiedział bowiem, jak Żydzi dochowują sobie wierności, na żadne kary, ciało ich kaleczące, nie zważając, bo już przedtem pewien przyłapany obrońca Jotapaty zniósł wszelkie katusze i choć go przypiekano żywym ogniem, nic z tego nie zdradził, co się w mieście działo, a w uśmiechach na krzyżu życie zakończył. Ale to, co ów zdrajca opowiadał, miało wszystkie pozory prawdopodobieństwa; przeto zyskał wiarę, a Wespazjan mówił sobie, że gdyby nawet na dnie tego krył się jakowyś podstęp, to i tak Rzymianom nie może stać się żadna poważniejsza krzywda. Przykazał tedy owego człowieka wziąć pod straż, a wojskom gotować się do szturmu.
34. O oznaczonej godzinie Rzymianie zbliżyli się do muru. Na czele szli Tytus i trybun Domicjusz840 Sabinus, za nimi zaś garść ludzi z legii piętnastej841. Zakłuwszy straże, weszli do miasta. Po nich wstąpili na czele oddziału wojska trybun Sekstus Kalwariusz842 i Placidus. Twierdza była tedy zdobyta, wróg chodził po mieście. Nastał dzień. A obrońcy Jotapaty, zmożeni snem i wyczerpaniem, nic o tym jeszcze nie wiedzieli, ci zaś, którzy już się budzić zaczęli, niewiele mogli dostrzec, bo właśnie nad miastem wstawała gęsta mgła. Dopiero kiedy już całe wojsko napływało, zrywali się, ale już tylko po to, aby ujrzeć klęskę i pod miecz rzymski dając głowę, dowiedzieć się o ostatecznym upadku miasta. Rzymianie, rozjątrzeni mozołem oblężenia, nie znali litości i nikogo nie oszczędzali. Wycinali mieszkańców, spychali ich w dół z góry miejskiej, gdzie z powodu ciasnoty o obronie ani myśleć nie było można. Wciskani w wąskie uliczki, strącani ze stromej góry przez walące za nimi wojsko, byli gnieceni bez miłosierdzia. To też stało się powodem, że najdzielniejsi ludzie Józefa sami sobie życie odbierali. Kiedy zauważyli, że żadnego Rzymianina nie zabiją, nie chcąc iść pod ich miecz, zebrali się na skraju miasta i tam się zabijali.
35. Część obrońców, która na samym początku napadu Rzymian na miasto zauważyła, co się dzieje, schroniła się w wieży północnej i tam jakiś czas stawiała opór; wszelako otoczona przez przeważające siły, zbyt późno wyciągając prawicę o układy, sama już szła na śmierć. Mogliby się zaiste Rzymianie pochwalić, że zadając miastu cios ostateczny, sami jednej kropelki krwi nie przelali, gdyby nie był padł pewien setnik, imieniem Antoniusz, i to tylko podstępem zabity. Wielu Żydów bowiem pochowało się w głębokich jamach; jeden z nich tedy, wychyliwszy się, błagał Antoniusza o darowanie mu życia i podanie ręki na znak miłosierdzia, czym zarazem pomoże mu wydostać się z owej jamy. Nieostrożny setnik podał mu tedy rękę, a ów człowiek żgnął go z dołu oszczepem w podbrzusze, że na miejscu ducha wyzionął.
36. Tego dnia Rzymianie zabijali tylko te gromady, które im w oczy wpadły. Ale w następnych dniach przetrząsali wszystkie kryjówki, przeszukiwali wszystkie chodniki i pieczary, zabijając ukrytych tam mieszkańców bez różnicy wieku, z wyjątkiem niemowląt i kobiet. Do niewoli zaciągnęli jeńców ogółem tysiąc dwieście. W czasie całkowitej obrony Jotapaty legło czterdzieści tysięcy Żydów. Wespazjan kazał miasto zburzyć, a wszelkie obwarowania spalić. Tak padła Jotapata w trzynastym roku panowania Nerona dnia pierwszego miesiąca Panemos843.
VIII
1. Rzymianie przetrząsali wszystkie kryjówki, przeglądali poległych, szukając Józefa, zarówno powodowani zaciekłością, jako też spełniając życzenie wodza, który ujęcie Józefa poczytywał za krok niemal rozstrzygający o dalszym przebiegu wojny. Ale Józef, jak gdyby przez Boga samego wzięty w opiekę, zdołał w czasie zajęcia miasta przekraść się przez środek nieprzyjaciół i skoczyć do głębokiego zbiornika, który pod ziemią zamieniał się w rozległą, a z góry niepostrzegalną grotę. Tu znalazł ukrytych czterdziestu wybitnych mężów, którzy byli zaopatrzeni w żywność, mogącą starczyć na bardzo długo. Przez cały dzień Józef nie wychylał się z tej piwnicy, gdyż nieprzyjaciel wszędzie się kręcił. Dopiero nocą wyszedł z kryjówki, aby popatrzeć, jak rozstawione są straże i czy nie ma sposobu ucieczki. Ale właśnie sam stał się powodem, że wróg strzegł czujnie wszelkich przejść; przekonawszy się tedy, że w danej chwili ani myśleć niepodobna o ucieczce, powrócił do swej kryjówki. W ten sposób minęły dwa dni, aż wreszcie dnia trzeciego zdradziła go pewna niewiasta, która razem z nimi kryła się w zbiorniku, a potem przez wrogów została przychwycona. Wespazjan posłał natychmiast do Józefa dwóch trybunów Paulinusa i Gallikanusa, aby mu przyrzekli wszelkie bezpieczeństwo i skłonili go do opuszczenia zbiornika.
2. Ci tedy, przyszedłszy do Józefa, zapewniali go, iż nic mu się nie stanie, jeżeli wyjdzie z kryjówki. Ale nie wskórali wiele. Uprzejmość ich była wprawdzie wielka, wszelako Józef jasno zdawał sobie sprawę z tego, ile ciosów Rzymianom zadał. Sądził przeto, że mu tego nie darują, że chcą go tylko zręcznie wywabić i stracić. Wtedy Wespazjan pchnął do niego trzeciego posła, trybuna Nikanora, którego Józef dobrze znał i z którym dawniej się przyjaźnił. Ten, przybywszy na miejsce, tłumaczył Józefowi, jak łagodnie obchodzą się Rzymianie z tymi, nad którymi ostateczne odnieśli zwycięstwo, że wódz złych zamiarów względem niego nie żywi, że raczej podziwia w nim mężnego bojownika; gdyby zaś chciał jego zguby, bynajmniej nie potrzebowałby wywabiać go z tej kryjówki. Zamiarem jego jest właśnie uratować szlachetnego męża. A gdyby wreszcie o podstęp chodziło, nie przysyłałby do Józefa przyjaciela, maską dobroci zakrywającego podłość i za uśmiechem życzliwości kryjącego zdradę. Znaczyłoby to wreszcie, że on, Nikanor, chce przyjaciela wydać, a takiego zadania nigdy by się nie podjął.