3. Joppie natura nie dała przystani. Wybrzeże dzikie, strome, skaliste, tylko na obu krańcach miasta posiada nieduże wklęsłości. Ale i tu góra stromo się dźwiga, a skały idą aż w morze. Obecnie jeszcze pokazują tam ślady oków Andromedy, co dowodzi, jak starożytny jest ów mit861. Wiatr północny, uderzając o wybrzeże, sprawia, że morze wracające ku skałom, naprzeciwko brzegu położonym, wytwarza groźną falę, skutkiem czego żegluga bardziej tu niebezpieczna niż na pełnym morzu862. Tam też popłynęli zbiegowie z Joppy, kiedy rano zerwał się gwałtowny wiatr, zwany przez tamtejszych żeglarzy Czarnym Boreaszem863. Część statków rozbiła się, uderzając o siebie, część o skały. Tych, którzy lękając się skalistego wybrzeża i zgromadzonego tam nieprzyjaciela, na dążyli pełne morze, pokryły i zatopiły dźwigające się bałwany. Nigdzie nie było dla nich schronienia, nigdzie ratunku na fali. Z jednej strony wzdymało się przeciw nim grzmiące morze, z drugiej strony na wybrzeżu straż dzierżyli Rzymianie. Okropna wrzawa zabrzmiała nad odmętami, kiedy okręty uderzały o siebie, przeraźliwy rozlegał się trzask, kiedy się wzajem gniotły. Jednych z pokładu zmiatała fala, inni zapadali w głąb razem z okrętami. Jedni jak gdyby w ucieczce przed ziejącą paszczą morza, żelazem własnym życie sobie przecinali. Większość wszelako, miotana falami, została rzucona na skały i zabita, że wszędzie morze od krwi się czerwieniło, a całe wybrzeże zapełniło się zwłokami. Kto zaś zdołał życie wynieść na brzeg, to mu je tam Rzymianie odbierali. Morze wyrzuciło na ląd cztery tysiące dwieście ciał. Rzymianie, zająwszy miasto bez walki, zburzyli je.

4. W ten sposób Joppe w ciągu krótkiego czasu została dwukrotnie wzięta przez Rzymian. Ażeby piraci nie mogli się tam znowu osiedlić, Wespazjan kazał na akropolisie zbudować obozowisko; zostawił też pewną ilość piechoty i konnicy. Piechota miała pozostawać na miejscu dla pilnowania obozowiska, konnica natomiast krążyć po okolicy, by plądrować i niszczyć dokoła wszystkie wsie i osady. Żołnierz pilnie stosował się do tego rozkazu i codziennie wypadał na różne strony, grabiąc i siejąc zniszczenie.

5. Kiedy wieść o klęsce, jaką poniosła Joppe, dobiegła do Jerozolimy, nikt nie chciał wierzyć, raz, że była tak wielka, potem, że między rozgłaszającymi nie było naocznego świadka. Ro istotnie żaden poseł ujść stamtąd nie zdołał, jeno biegła sama wieść i głosiła swoje, co zawsze czyni nad miarę przesadnie. Ale z wolna przez ludzi okolicznych przybywała prawda, aż stała się niewątpliwą, choć do zdarzeń rzeczywistych dołączano i to, co się wcale nie było działo. Między innymi opowiadano, że podczas zdobywania miasta zginął także Józef. Wieść ta napełniła Jerozolimę wielką żałobą. Kiedy po różnych domach każdy opłakiwał swego poległego, żal po wodzu był powszechny. Jedni łzy leli po przyjacielskich gospodarzach, drudzy po krewnych, tamci po druhach, ale po Józefie wszyscy, że przez trzydzieści dni nie ustawało w mieście zawodzenie, wielu też wynajmowało sobie fletnistów864, aby ich pieniom żałobnym grą na instrumencie wtórzyli.

6. Ale gdy z biegiem czasu ujawnił się istotny stan rzeczy, a także wiadome już były okoliczności towarzyszące wzięciu Jotapaty, gdy okazało się, że zgon Józefa jest wymysłem, że nie tylko żyje, ale że Rzymianie oraz wodzowie tak się z nim obchodzą, jak z żadnym jeńcem, gniew Żydów na żyjącego stał się tak wielki, jak wielka była przychylność, gdy go brali za poległego. Jedni krzyczeli, że z niego tchórz, inni, że zdrajca, całe miasto lżyło go i poniewierało jego imię. Ludzie ci, klęskami rozgoryczeni, wpadali w wielki gniew, gdy coś się działo nie po ich myśli. Nieszczęście, które zazwyczaj uczy rozsądku i ustrzegania się ciosów raz już otrzymanych, dla nich stawało się tylko bodźcem do szukania nowych ciosów. Koniec jednej klęski stawał się dla nich początkiem klęski wtórej865. Rozjątrzenie na Rzymian rosło, a teraz podniecała ich jeszcze myśl, że mszcząc się na Rzymianach, będą się zarazem mścili na Józefie. Takie to burzliwe czasy nastały wtedy w Jerozolimie.

7. Kiedy się to działo, Agryppa zaprosił Wespazjana wraz z wojskiem do swego królestwa i podejmował ich z niezmierną wspaniałością, gdyż przy ich pomocy chciał podeprzeć swoją nieco zachwianą władzę. Wespazjan tedy ruszył z Cezarei Nadmorskiej do Cezarei Filipowej. Tu dał swoim wojskom dwudziestodniowy wypoczynek, sam zaś biesiadował i składał ofiary Bogu za odniesione zwycięstwa. Gdy mu jednak doniesiono, że Tyberiada się burzy i że Tarychea odpadła, które to miasta tworzą jedność z królestwem Agryppy, chcąc Żydów pokonać wszędzie, postanowił podjąć na nich wyprawę, aby przy tej sposobności odwdzięczyć się królowi za gościnę i znów owe miasta przymusić do uległości względem niego. Posłał tedy syna Tytusa do Cezarei, aby stojące tam wojsko przeprowadził do Scytopolis, miasta położonego w pobliżu Tyberiady, a zarazem największego w obwodzie dekapolitańskim. Następnie sam tam pociągnął i połączył wojska swoje z wojskiem syna. Ze Scytopolis wyruszył na czele dwóch legii i rozbił obóz o trzydzieści stajań od Tyberiady w miejscowości zwanej Ennabris866, umyślnie tak blisko, aby go powstańcy mogli widzieć. Z kolei wysłał dekuriona Walerianusa z pięćdziesięcioma jeźdźcami, kazał mu z obywatelami porozumieć się w sposób pokojowy i starać się nakłonić ich do uległości. Słyszał bowiem, że lud bynajmniej nie pragnie wojny i że powstanie rozdmuchały tylko nieliczne jednostki. Walerianus podjechał tedy pod mury, zsiadł z konia, co także uczynili jego ludzie, a to w tym celu, aby się nie wydawało, że miasto najeżdżają. Ale zanim mógł przemówić do obywateli, powstańcy z bronią w ręku wypadli na niego z wielką gwałtownością. Bandzie tej przewodził niejaki Jezus, syn Tufy867. Walerianus, który ze względu na rozkaz wodza naczelnego nie byłby się wdawał w bój z nimi nawet wtedy, gdyby miał po swej stronie przewagę liczebną, tym bardziej nie mógł czynić tego teraz, gdy rozporządzał tak szczupłą siłą; przy tym Żydzi byli doskonale uzbrojeni w porównaniu z jego jeźdźcami. Zresztą ich szalony napad przejął go lękiem. Uciekł tedy pieszo, nie zdążywszy dosiąść rumaka, a prócz niego porzuciło konie jeszcze pięciu jeźdźców, które powstańcy z wielką uciechą odprowadzili do miasta, jak gdyby je zdobyli nie podstępem, ale w otwartej bitwie.

8. Starszyzna miejska, przerażona tym zajściem, udała się natychmiast do rzymskiego obozu, a przejednawszy króla, padła na kolana przed Wespazjanem i prosiła go o miłościwy posłuch: niechaj nie wywiera pomsty na całym mieście za wybryk szczupłej garstki, niech miasto oszczędza i ukarze tylko buntowników, bo obywatele byli zawsze przyjaźnie dla Rzymian usposobieni, a jeśli dotąd nie wydali mu miasta, to jedynie dlatego, że powstańcy przeszkadzali. Wespazjan był wprawdzie srodze rozgniewany na całe miasto z powodu rabunku owych koni, ale uległ błaganiom obywateli, tym bardziej iż widział, jak Agryppa był zaniepokojony o ten gród. W ten sposób starszyzna wybłagała łaskę i uratowała ludność, a Jezus, zauważywszy, że się tu dłużej nie utrzyma, uszedł ze swymi ludźmi do Tarychei. Dnia następnego Wespazjan wysłał Trajanusa na czele oddziału konnicy, aby z góry spojrzał ku miastu i wymiarkował, czy ludność jest rzeczywiście pokojowo usposobiona. Ten przekonał się, że starszyzna mówiła prawdę. Tedy wódz podsunął się z wojskiem bliżej pod miasto. Obywatele odemknęli bramy, błogosławili go i nazywali swym zbawcą i dobroczyńcą. Ponieważ wojsko z powodu ciasnoty bram bardzo się tłoczyło przy wkraczaniu do miasta, Wespazjan kazał zburzyć kawałek muru wschodniego i w ten sposób rozszerzyć wejście. Ze względu na króla zakazał wojsku wszelkiego rabunku i gwałtu, a także nie zburzył murów twierdzy, bo mu Agryppa zaręczył, że obywatele będą się zachowywali spokojnie. W ten sposób uczynił podległym królowi miasto, które i tak dość ucierpiało z powodu owego buntu.

X

1. Wespazjan pociągnął dalej i między tym miastem a Tarycheą rozbił obóz, a ponieważ mniemał, że tu walka będzie bardziej uporczywa, przeto silnie się obwarował. Albowiem w Tarychei zebrało się było dużo wszelakich buntowników, pokładających nadzieje zarówno na sile twierdzy, jak i na korzyściach wypływających z sąsiedztwa z jeziorem, które ludzie tamtejsi zwą Gennezar. Miasto, podobnie jak Tyberiada, jest położone u podnóża góry. Józef silnie je obwarował ze wszystkich stron prócz od strony jeziora, choć nie tak silnie jak Tyberiadę, albowiem mury Tyberiady stanęły w początkach powstania, kiedy jeszcze było pod dostatkiem i pieniędzy, i ludzi, tymczasem Tarychei dostały się tylko resztki jego zabiegów868. Natomiast powstańcy rozporządzali tu znaczną ilością łodzi, na które w razie klęski lądowej mogli się chronić i ostatecznie toczyć dalej bój na wodach. Kiedy Rzymianie byli zajęci oszańcowaniem swego obozu, Jezus ze swymi ludźmi, niezastraszony ani znaczną przewagą Rzymian, ani ich bojową sprawnością, wykonał napad i przy pierwszym starciu rozpędził ludzi sypiących szańce, zniszczył część obozowych zabudowań i dopiero gdy ruszali na niego hoplici, cofnął się do swoich, żadnych strat nie poniósłszy. Rzymianie parli za nim i i zmusili ich do ucieczki na łodzie. Odpłynęli tedy na wody tak daleko, aby ich rzymskie strzały nie mogły dolatywać, a ustawiwszy łodzie w szyk bojowy, zapuścili kotwice i stąd chcieli toczyć bój ze stojącymi na lądzie Rzymianami. Tymczasem Wespazjan dowiedział się, że także na równinie przedmiejskiej zebrał się znaczny tłum powstańców, przeto posłał tam swego syna na czele sześciuset wyborowych jeźdźców.

2. Skoro Tytus spostrzegł, że nieprzyjaciel posiada siły znacznie przeważające, wysłał do ojca, aby go wsparł posiłkami. Zauważywszy jednak, że większa część jego jeźdźców rwie się do boju i że tylko niektórzy wyglądają na zatrwożonych, stanął tak, aby być przez wszystkich słyszany i przemówił do nich w te słowa: „Mężowie rzymscy! Zaraz na wstępie niechaj wam przypomnę, jakich ludzi jesteście potomkami, abyście wiedzieli, kim sami jesteście w porównaniu z tymi, z którymi macie bój stoczyć. Przed rzymskim ramieniem dotąd nie ostał się żaden naród na świecie. Żydzi, to im przyznać muszę, są dotychczas zwalczani, ale nie pobici. Źle tedy będzie, jeśli my, wieczni zwycięzcy, ustaniemy wobec nich, zwyciężanych. Ale, jak to dostrzegam z prawdziwym zadowoleniem, jesteście dobrej myśli. Mimo to martwi mnie, czy który z was wobec tak przeważającej liczby nieprzyjaciela w głębi duszy nie doznaje trwogi. Niechaj tedy każdy z was należycie rozważy, kim jest i z kim ma do czynienia. Żydzi są wprawdzie niezwykle odważni i odznaczają się pogardą śmierci869, ale walczą bezładnie, bez jakiejkolwiek znajomości sztuki wojennej, że raczej tłumem nazwać ich trzeba, a nie wojskiem. Jakże tu ich bezład zestawiać z naszym doświadczeniem bojowym i z naszą sprawnością? Dlatego to podczas pokoju ćwiczymy się we władaniu bronią, byśmy potem, gdy czas wojenny nastanie, stojąc wprost nieprzyjaciela, nie potrzebowali liczyć swych szeregów. Bo na cóż przydałoby się w takim razie to ustawiczne zaprawianie się do boju, gdybyśmy potem mogli mierzyć się jedynie z nieprzyjacielem równej liczby, choć niewojennym? Rozważcie sobie, że w pełnym rynsztunku na źle uzbrojonych ruszacie, konno na pieszych, pod rozkazami dowódcy przeciw niekarnej gromadzie, że nasze zalety mnożą nasze zastępy, a wady nieprzyjaciela zastępy jego zmniejszają. Zresztą wygrana bynajmniej nie zależy od liczby ludzi, choćby uzdolnionych, ale jedynie od męstwa, choćby niewielu; bo wtedy i szyk łatwo jest sprawić, i wzajemnie się podeprzeć, gdy tymczasem wojska wielkie więcej same sobie przeszkód przyczyniają, niż im może przyczynić ich nieprzyjaciel. Żydów wiedzie do boju śmiałość, zuchwałość, rozpacz, co starczy, póki mają za sobą powodzenie, ale wszystko to gaśnie nagle, gdy pierwszy krok się nie powiedzie. Nam natomiast przyświeca męstwo, za nami stałość i ten rys duszy, dzięki któremu każdy rośnie w powodzeniu, a w przeciwnościach do końca wytrwa na stanowisku. Wy zresztą walczycie o rzecz większą niż Żydzi. Oni porywają się do boju za wolność i ojczyznę, my zaś dla sławy, nad którą nie ma nic piękniejszego; prócz tego musimy obalić mniemanie, które się pojawiło, jakobyśmy zawojowawszy całą ziemię, dopiero w Żydach napotkali równego sobie przeciwnika. A i to niechaj nam z myśli nie schodzi, że klęska jeszcze i dlatego grozić nam nie może, ponieważ przybywa nam na odsiecz znaczna siła i jest już blisko. Wszelako i bez niej możemy odnieść zwycięstwo, a byłoby pięknie wziąć górę przed nadejściem posiłków ojcowych, bo sława nasza, z nikim niedzielona, zajaśniałaby wspanialej. Sądzę, że tej godziny rozstrzygną się losy ojca, moje i wasze, ojca, czy stoi na dawnej wysokości bohatera, moje, czym jego syn, wasze, czyście żołnierze moi. On przywykł zwyciężać; pobity, nie mógłbym pokazać mu się na oczy. A czy wam nie byłoby wstyd dać się pobić, gdy wódz wasz pierwszy rzuci się do boju? Zaiste pierwszy ruszę, pierwszy popędzę na wroga. Nie walczcie jeno gorzej ode mnie i bądźcie pewni, że bóstwo mnie wspomaga; a także to pamiętajcie, że ten tylko coś wskóra, kto walczy!870”.

3. Tytus tymi słowami rzucił czar męstwa na swych wojowników, a gdy przed samym natarciem przypędził z pomocą Trajanus na czele czterechset jeźdźców, jęli pomrukiwać, że te posiłki chcą tylko podzielić się z nimi zwycięstwem. Wespazjan zresztą wysłał jeszcze Antoniusza Silona z dwoma tysiącami łuczników, aby zająwszy górę miastu przeciwległą, spędzali Żydów stojących na murach. Ci też stosownie do rozkazu wypłoszyli ich stamtąd, aby swoich nie wspomagali. Tytus pierwszy spiął rumaka i rzucił się na nieprzyjaciela, a za nim z okrzykiem bojowym ruszyła cała jazda, rozwijając się na równinie w szeroką linię, co im dawało pozór znacznie większych zastępów. Żydów stropiło gwałtowne natarcie, wszelako czas jakiś stawiali czoło, ale w końcu, skłuci włóczniami, obalani przez rozpędzone konie, jęli uciekać w stronę miasta. Tytus wpadał z tyłu na pierzchające gromady i siekł je; innych, którzy zbierali się w kupy, rozbijał; jeszcze innym zabiegał drogę i uderzał na nich od przodu. Zdarzało się, że uciekające gromady wpadały na siebie i skłębiały się, ułatwiając Tytusowi zadanie. Chciał on ich wszystkich odciąć od miasta i spędzić na równinę, ale stłoczeni Żydzi zdołali się jednak przedrzeć i schronić za mury.