2. Ale zaciekłość Idumejczyków jeszcze nie była syta. Z kolei rzucili się na miasto, rabując domy i mordując każdego, kogo tylko dopadli. Wnet jednak powiedzieli sobie, że szkoda marnować czas na tępienie gminu; zajęli się tedy poszukiwaniem arcykapłanów i urządzili na nich tłumną obławę. Szybko zdołali ich wyłapać i życia pozbawić; stanąwszy zaś na ich trupach, urągali życzliwości Anana dla ludu i mowie, którą był Jezus z murów do nich wygłosił. W szaleństwie swym całkiem nie znając miary, poległych żadnym nie uczcili pogrzebem, kiedy właściwie Żydzi tak wielce dbają o chowanie swych umarłych, że nawet zwłoki na krzyż skazanych przed zachodem słońca zdejmują i grzebią944. Nie omylę się przeto, gdy powiem, że upadek miasta rozpoczął się od śmierci Anana, że owego dnia już rozpękły się mury, a sprawa Żydów była przegrana, kiedy swego arcykapłana i wodza, który im wskazywał drogę zbawienia, pośrodku miasta widzieli mordowanego okrutnie. A był to mąż nie tylko wielkiej powagi i prawości, ale choć urodzeniem, stanowiskiem i godnością tak bardzo nad innych wyniesiony, rad z najmniejszymi obcował prostaczkami, kochał prawdziwie wolność i był czcicielem lud owego samorządu. Zawsze na bok odkładał sprawy osobiste, kiedy tego wymagało dobro publiczne, a przede wszystkim dbał o pokój. Znał bowiem niezwalczoną potęgę Rzymian, przewidywał, że Żydzi muszą im w wojnie ulec, jeśli się rozumnie z nimi nie ugodzą. I taka zgoda byłaby bezwarunkowo nastąpiła, gdyby Anan był tylko żył. Albowiem jako znakomity mówca umiał na lud wpływać, a byłby zdołał i na tych oddziałać, którzy mu w poprzek drogi stawali; zresztą945 nawet walcząc pod takim wodzem, byliby Rzymianom sprawili wiele kłopotów. Stosunki najbliższe łączyły go z Jezusem, który choć wcale nie mógł się z nim równać, przecie nad innymi górował. Zdaje się wszelako, że to już sam Bóg postanowił upadek skalanego miasta, a chcąc Przybytek swój oczyścić ogniem, odwołał z ziemi tych, co świątynię jego kochali i strzegli. I oto mężów, którzy jeszcze niedawno, w święte szaty przybrani, stali na czele obrządku wszechświatowego znaczenia, których przybywający ze wszystkich części ziemi pielgrzymi z wielką czcią witali, widziano teraz obnażonych i rzuconych na pożarcie psom i dzikim zwierzętom. Sądzę, że sama Cnota zapłakała nad losem tych poważnych mężów, biadając, że w walce z nikczemnością tak marną zginęli śmiercią. Oto jaki był koniec Anana i Jezusa.

3. Zaledwie oni legli, kiedy gorliwcy z tłumami Idumejczyków rzucili się na lud niby na trzodę nieczystych zwierząt i z dziką rozkoszą nurzali ręce w posoce bratniej. Prostaków chwytano i uśmiercano natychmiast, natomiast ludzi wybitnych i młodych pętano i wtrącano do więzienia, licząc na to, że zyskawszy czas do namysłu wskutek odłożenia śmierci, opamiętają się i wstąpią do ich szeregów. Ale żaden z nich nie nakłonił ucha ku podszeptom, wszyscy woleli raczej śmierć niż na zgubę ojczyzny przystępować do stronnictwa złoczyńców. Toteż pastwiono się na nimi okropnie; bito ich, rozciągano na mękach, a dopiero gdy ciała znieść już więcej nie mogły katuszy, zjawiało się dobroczynne żelazo, śmierć niosące. Kto za dnia szedł do więzienia, ten nocą tam wyzionął ducha. Trupy wyrzucano na pole, aby zyskać wolne miejsce dla nowych więźniów. Na lud zaś padło takie przerażenie, że nikt nie śmiał jawnie opłakiwać umęczonych ani też ich grzebać, chyba w największej tajemnicy; i tylko w ukryciu gdzieś ciekły za nimi łzy, a nim ktoś śmiał westchnieniem ulżyć swojej żałości, pierwej z lękiem oglądał się poza siebie, czy go wróg nie słyszy; bo wnet poszedłby opłakujący śladem drogi opłakiwanego. Zaledwie też niekiedy nocą ośmielano się rzucić grudkę ziemi na zwłoki, co byłoby szaleństwem nierozważnym czynić za dnia. Oto w taki sposób legło dwanaście tysięcy najszlachetniejszej młodzi.

4. A kiedy ludzie ci dość już mieli rzezi, urządzili z kolei urągowisko sądu i wyroku. Jako ofiarę wybrali sobie męża wielce wybitnego, bo Zachariasza, syna Bareisa946. Zawzięli się na niego, bo gardził wszelką nikczemnością i kochał wolność, przy tym był zamożny; przeto chcieli za jednym zamachem zagrabić duże mienie i usunąć człowieka, który mógł był ich jeszcze obalić. Wybrali tedy siedemdziesięciu z prostego gminu, zwołali ich do świątyni i nakazali im jak w teatrze947 urządzić widowisko sądu, mającego orzec, iż Zachariasz zdradził ojczyznę na rzecz Rzymian i w tym celu nawiązał z Wespazjanem stosunki. Oskarżenia nie popierali żadni świadkowie ani też żadnych innych nie przedstawiono dowodów; oskarżyciele oświadczyli tylko, że są o tym zupełnie przekonani, sądzili też, że to zupełnie wystarcza dla stwierdzenia prawdziwości zarzutów. Kiedy Zachariasz spostrzegł, że nie ma dla niego ratunku, że nie stoi przed żadnym sądem, lecz że został podstępnie ujęty, nie chciał oddać życia swego, żeby im przedtem całej prawdy nie bryznął w oczy. Tedy powstawszy, wyszydził pychę oskarżycieli, zwięźle wykazując całą bezzasadność wytoczonej sprawy. Następnie jednak zwrócił się do samych oskarżycieli, wyliczył im wszystkie przestępstwa, gorzko biadając nad upadkiem ładu i składu spraw publicznych w ojczyźnie. Gorliwcy przerywali mu okrzykami, nie chwytali jednak za broń, bo chcieli odegrać do końca czczą komedię, a także wypróbować sędziów, czy wobec grożącego niebezpieczeństwa zechcą się kierować słusznością. Ale przecież owych siedemdziesięciu orzekło, iż Zachariasz jest niewinny i że wolą raczej umrzeć z nim razem niż śmiercią niewinnego obarczyć swoje sumienie. Wtedy gorliwcy podnieśli niesłychaną wrzawę, bynajmniej nie ukrywając swego oburzenia na sędziów, iż nie chcieli zrozumieć, że władza sędziowska była im dana tylko dla pozoru. Wreszcie dwóch największych zuchwalców przypadło do Zachariasza i oto w samym środku świątyni usiekli go, a gdy padł, urągali nad nim: „Oto masz nasz głos, aby uwolnienie twoje żadnej nie podlegało wątpliwości!”. Następnie zwłoki jego wywlekli z świątyni i rzucili z góry w dolinę948. Sędziów natomiast, wypłazowawszy, wypędzili za bramy świątyni, a dlatego jedynie ich nie wymordowali, aby rozbiegłszy się po całym mieście, nieść mogli wszędzie wieść o zupełnym ujarzmieniu ludu.

5. Ale Idumejczycy, patrząc na te ohydy, naprawdę już żałowali, że przybyli im na pomoc. W dodatku zjawił się u nich z własnego popędu jeden z gorliwców, zebrał ich i wyjaśnił im, jakich względem stolicy dopuścili się przestępstw razem z tymi, którzy ich tutaj przyzwali, a także szczegółowo wyłożył im, w jakim położeniu znajduje się miasto. Jest to zrozumiałe, że chwycili za broń, bo mniemali, iż arcykapłani chcą stolicę wydać Rzymianom, ale gdy żadne dowody nie poparły tych podejrzeń, stali się bądź co bądź obrońcami fałszywych oskarżycieli, wywrotowców i gwałcicieli ludu. Należało temu zapobiec zaraz na samym początku. Skoro jednak zostali współwinnymi wymordowania rodaków, powinni się opamiętać i odejść, aby dłużej nie wspierać tych, którzy ojczyznę gubią. Jeżeli ci i owi są jeszcze zagniewani, że zamknięto przed nimi bramy i nie wpuszczono ich do miasta z bronią w ręku, niechaj przyznają, że winni już karę ponieśli; Anan został zabity, a w ciągu jednej nocy prawie cały lud wymordowano. Dla wielu spomiędzy nich, jak widzi, bynajmniej to wszystko, co się dzieje, nie jest po myśli; gorliwcy w okrucieństwach przebrali wszelką miarę, a nawet już się wcale z nimi nie liczą, skoro na oczach sprzymierzeńców dopuszczają się najcięższych przestępstw. Odpowiedzialność, rzecz prosta, spada za to wszystko także na Idumejczyków, skoro nie kładą tamy przestępstwom i przestępców nie opuszczają. Ponieważ okazało się, że owa rzekoma zdrada była czczym wymysłem, ponieważ Rzymianie bynajmniej rychło nie nadciągną, a miasto jest należycie obwarowane, niechaj tedy wracają do domu, a wszelkie zło, jakie popełnili wskutek tego, że zostali w błąd wprowadzeni, naprawią najlepiej w ten sposób, że odtąd przerwą wszystkie stosunki z tymi kłamcami.

VI

1. Wywody te przekonały Idumejczyków. Najpierw tedy uwolnili z więzień około dwóch tysięcy obywateli, którzy natychmiast opuścili miasto i udali się do Szymona; o nim później będzie mowa. Następnie wyruszyli z Jerozolimy i wrócili do siebie. Ale odejście ich było dla obu stronnictw zdarzeniem nieoczekiwanym. Lud, który nie wiedział nic o tym, że Idumejczycy poczęli inaczej na całą sprawę się zapatrywać, zaraz nabrał odwagi, albowiem mniemał, że wraz z nimi wróg się oddalił. Gorliwcy zaś także natychmiast stali się rozzuchwaleni, bo opuścili ich już nie tyle sprzymierzeńcy, ile ludzie, których mierziły ich zbrodnie i którzy im zaczynali stawiać przeszkody. Toteż gorliwcy nie znali teraz w swej zaciekłości żadnego już hamulca, na wszystko się ważyli, a tak byli pochopni, że ledwie wylągł się w ich głowach jakiś zamysł, już go w czyn wprowadzali. Najbardziej się srożyli nad ludźmi dzielnymi i szlachetnymi, jednych tracąc z zawiści, drugich z obawy; dopiero wtedy poczuli się bezpiecznie, kiedy usunęli wszystkich wpływowych mężów. Prócz wielu innych zamordowali Guriona949, człowieka wielkiego poważania i wybitnego rodu, wielbiciela demokratycznych rządów, a tak jak on żaden Żyd nie był owiany duchem wolności. Zgubił go najpiękniejszy przymiot, jaki miał, wielka otwartość w mowie. Ani też rąk ich nie uszedł Peraita Niger950, który się był tak znakomicie wsławił w walce z Rzymianami. Gdy w głos krzyczał i blizny951 swoje pokazywał, środkiem miasta na kaźń powleczony został. Kiedy już był za bramą i ujrzał przed sobą śmierć niechybną, prosił, aby go bodaj pogrzebano. Ale ludzie ci przed uśmierceniem go właśnie oświadczyli mu z całą grozą, że wcale do ziemi, której tak pragnie, złożony nie zostanie. Niger, umierając, klął na ich głowy Rzymian, głód i mór, a przede wszystkim, żeby się wzajemnie pozabijali. Toteż Bóg w sprawiedliwości swojej zesłał to wszystko na tych nikczemników; albowiem niebawem już gorliwcy rzeczywiście pożarli się między sobą, a wzajemnego swego szaleństwa pokosztowali. Z chwilą, gdy padł Niger, już się nie potrzebowali więcej obawiać o swoje stanowisko. Teraz, szerząc mord między ludem, znajdowali pretekst do uśmiercenia każdej ofiary. Tych, którzy stawiali im jakiś opór, dawno zabito; brano z kolei ludzi całkiem spokojnych i wymyślano najdziwaczniejsze winy. Jeden, że się z nimi nie łączył, oskarżony został o wyniosłość. Drugi, który do nich szedł, ale miał na języku własne zdanie, został obwiniony o szyderstwo. Trzeci, całkiem już względem nich potulny, pociągnięty był o zdradę. Za największe i najmniejsze przewinienia jedna tylko istniała kara, to jest śmierć. A uszedł jej tylko albo prostak, albo biedak.

2. Wszyscy dowódcy rzymscy poczytywali wybuchłe między Żydami niezgody za wielce dla siebie pomyślną oznakę, natychmiast też chcieli ruszać na miasto, nalegając na Wespazjana, że stanie się panem położenia, gdyż widocznie Opatrzność Boska trzyma ich stronę, skoro wróg sam w sobie się ściera; należy też szybko działać, bo niesnaski domowe albo same przeminą, albo też Żydów ogarnie opamiętanie. Wszelako Wespazjan odparł, że wcale nie zrozumieli, co dalej należy robić, i mylą się, jeżeli na niebezpieczeństwo nie bacząc, chcą niby w teatrze popisywać się rynsztunkiem i zręcznością, zamiast kroczyć drogą jasno określonej korzyści. Bo gdy teraz wyruszą na miasto, wróg się opamięta, pogodzi i siły, wcale jeszcze niestargane, przeciwko nim obróci. Jeśli zaś poczekają, siły te coraz bardziej będą się kurczyły, a rozterki przerzedzą szeregi Żydów. Lepszym wodzem od niego samego jest Bóg; on odda Żydów w ręce Rzymian, on im całkiem bezpieczne zgotuje zwycięstwo. A skoro wrogowie sami się między sobą zabijają, skoro na najsroższą cierpią dolegliwość, to jest na wojnę domową, niechajże Rzymianie spokojnie patrzą w stronę owego zamętu i niech nie wdają się w walkę z ludźmi, którzy sami szukają śmierci, w bezprzykładnym szaleństwie rzucając się jedni na drugich. Komu by zaś zwycięstwo nie miało smakować bez walki, niechaj zapamięta sobie, że cierpliwość pewniej do celu prowadzi niż miecz, że równie sławny jest ten, który błysnął świetnym czynem wojennym, jak ten, który osiągnął cel powściągliwością i rozwagą. Kiedy nieprzyjaciel trwoni siły, Rzymianie je właśnie gromadzą, wypoczywając po ciągłych trudach obozowych. Nie pora teraz na świetną wygraną. Przy tym Żydzi ani się nie zbroją, ani obwarowań nie czynią, ani posiłków nie zbierają; kto tedy radzi zwłokę, szkody żadnej nie poniesie, a wojna domowa z dnia na dzień bardziej Żydów wyniszcza, niż mogłyby to uczynić skuteczne napady wojsk rzymskich. Przezorność radzi, aby pozostawić swemu losowi tych, którzy sami siebie chcą zgubić; a także swej sławy wojennej nie należy ćmić napadem na lud osłabiony wewnętrznymi rozterkami, aby ich nie spotkał zarzut, że zwycięstwo zawdzięczają nie sobie, lecz niezgodzie, na jaką wróg cierpiał952.

3. Wszyscy dowódcy zgodzili się na ten wywód Wespazjana, niebawem zaś pokazało się, że rozumował jak prawdziwy wódz. Codziennie do nich przybywali ludzie, którzy zbiegali od gorliwców. Ucieczka nie była łatwa, wszędzie rozstawiano straże, a kogo tylko podejrzewano o chęć ujścia do Rzymian, ten szedł na śmierć. Kto jednak dawał pieniądze, tego puszczano, a ten tylko, kto nie dawał, był okrzyczany za zdrajcę; toteż zabijano jedynie ubogich, bogaci natomiast płacili i uciekali. Niebawem też po wszystkich drogach widniały kupy pomordowanych ciał, że wielu spomiędzy tych, którzy zamierzali uciekać, wolało już w ojczystym mieście oczekiwać śmierci; bo mogli przynajmniej liczyć na pogrzeb, bez którego śmierć wydawała się im o wiele straszniejsza. Wszelako okrucieństwo gwałtowników doszło do tego, że nie grzebali ani tych, których ubito na drogach, ani tych, których uśmiercono w samym mieście. A jak gdyby się sprzysięgli nie tylko przeciwko Zakonowi ojczystemu, ale i przeciwko prawom natury i do niesprawiedliwości popełnionych względem plemienia ludzkiego dorzucić jeszcze chcieli zniewagę względem Boga, dawali zwłokom gnić na słońcu. Kto pochował krewniaka, niby zbieg karany bywał śmiercią, a natychmiast sam pogrzebu został pozbawiony ten, kto drugiego pogrzebem chciał uczcić. Krótko mówiąc w owych dniach grozy żadnego z piękniejszych uczuć ludzkich tak nie starano się wytępić, jak miłosierdzia. Co powinno było budzić żywe współczucie, to nikczemników owych doprowadzało do wściekłości; zajadłość ich przenosiła się z żywych na umarłych i z umarłych na żywych. Wśród tych okropności żywi błogosławili los poległych, że nareszcie zdobyli sobie ciszę, a torturowani po więzieniach zazdrościli losu tym, co na polach leżeli niepogrzebani. Gwałciciele zdeptali prawa ludzkie, wyszydzili prawa boskie, a słowa proroków wyśmiali jako czczą gadaninę. A ci przepowiedzieli niejedną rzecz wzniosłą i niejedną ohydę, gorliwcy zaś, drwiąc z owych wieszczb, wszystko uczynili, aby złe wróżby proroków o upadku ojczyzny zostały wypełnione. Istniała bowiem stara przepowiednia mężów †953 że miasto pójdzie w ruinę i przenajświętsze miejsce954 prawem wojny ogniem zostanie strawione, gdy wybuchną wewnętrzne niezgody i dom Bogu poświęcony skalany zostanie ręką obywatelską955. Na dnie duszy gorliwców płonęła wiara w tę straszną przepowiednię, a mimo to sami się przyczynili do tego, aby się co do słowa spełniła.

VII

1. Tymczasem Janowi, który już całkiem wyraźnie dążył do władzy tyrana, nie wystarczył zaszczyt równości obywatelskiej, a jednając sobie ludzi najgorszego rodzaju, stawał się coraz bardziej niezawisły od swego stronnictwa. Wcale się już nie stosował do postanowień powziętych przez innych, natomiast wydawał rozkazy głosem despoty i zupełnie jawnie dążył do samowładztwa. Jedni ulegli mu ze strachu, drudzy, bo mu istotnie byli oddani; umiał bowiem podstępnie zyskiwać sobie ludzi, wielu zaś mniemało, o własne bezpieczeństwo dbając, iż lepiej dla nich będzie, gdy za te wszystkie ohydy spadnie odpowiedzialność wyłącznie na jednego człowieka. A że Jan nigdy się długo nie namyślał i szybko brał się do czynu, wielu takim postępowaniem zdobył sobie straż przyboczną. Wszelako nie brakło mu także przeciwników, a niewielu między nimi było takich, którymi powodowała zazdrość; większość wcale się nie chciała poddawać pod rządy tego, który do niedawna był im równy. Ludzie odwracali się od niego, bo czuli wstręt do samowładztwa. Wiedzieli bowiem, że jeśli tylko całą władzę chwyci w swoje ręce, niełatwo będzie go obalić; wtedy też znajdzie zawsze pozory, aby sowicie odpłacić im za okazywany przedtem opór. Dlatego postanowili raczej ważyć się na najprzykrzejszą z nim walkę niż dać mu się dobrowolnie ujarzmić i ginąć, jak giną niewolnicy. I oto nastąpił rozłam; część stronników oddzieliła się od Jana, który nad swoim obozem stał jak król. Zaraz też wystawili wzajem przeciw sobie straże, ale do utarczek rzadko dochodziło. Tym częściej natomiast napadali na lud, a każde stronnictwo patrzyło tylko, jakby się bardziej od drugiego obłowić łupem. I przeto trzy teraz klęski zawisły nad miastem: wojna, tyrania i rozłam, z których wojna wydała się ludowi jeszcze złem najmniejszym. Dlatego, rzecz prosta, kto tylko mógł, uciekał od swoich do cudzoziemskiego wroga i szukał ratunku u Rzymian, w który całkiem zwątpił wśród swoich.