1. Szymon, który Mateuszowi zawdzięczał, że władzę otrzymał1216 nad miastem, mimo to kazał go okrutnie zamordować; albowiem syn Boetosa jako arcykapłan cieszył się u ludu wielkim poważaniem i zaufaniem. Kiedy to gorliwcy do spółki z Janem bardzo się nad ludem znęcali, Mateusz poradził obywatelom wezwać Szymona niby zbawcę; żadnych mu jednak nie stawiano warunków, bo też i żadnych z jego strony nie oczekiwano okrucieństw. Zaledwie jednak Szymon przestąpił bramy, a władzę w ręce pochwycił, zaraz między wrogów swoich i tego zaliczył, co go tu sprowadził, jak gdyby mu chciał okazać, że głupio sobie postąpił. Porwano Mateusza, stawiono przed Szymonem, oskarżono o sprzyjanie Rzymianom, wcale mu się bronić nie dano i wnet razem z trzema synami uśmiercono; czwarty syn był już przedtem zbiegł do Tytusa. Mateusz błagał Szymona, aby w nagrodę, że go do miasta wpuścił i władzę w ręce jego złożył, kazał go stracić przed synami; ale Szymon właśnie na samym ostatku polecił go zgładzić. Tedy Mateusz patrzeć musiał, jak mordowano mu synów; jego samego zaś wyprowadzono na widoczne miejsce i stracono na oczach Rzymian. Tak bowiem przykazał Szymon Ananowi, synowi Bagadatesa1217, najokrutniejszemu ze służalców tego tyrana, który też rzekł w chwili śmierci urągliwie do Mateusza, pytając, czy ci, do których chciał zbiec, zdążą mu przybyć na pomoc; zwłok nie pozwolił pogrzebać. Po nich zostali zamordowani: niejaki Ananiasz, syn Masbala1218, kapłan, mąż znakomity, dalej pisarz rady Arysteusz, rodem z Ammaus, wreszcie piętnastu wybitnych mężów spomiędzy ludu. Ojciec Józefa był trzymany w więzieniu; obwieszczono po mieście, że nikt się z nim nie może widywać ani słowa z nim zamienić; bali się zdrady. Kto ośmielił się szemrać na owo rozporządzenie, ten szedł natychmiast na śmierć.

2. Kiedy onym sprawom przyjrzał się niejaki Judas, syn Judasa, jeden z przywódców Szymona, któremu ten powierzył nawet pieczę nad jedną z wież, prawdopodobnie z litości nad ludźmi okrutnie mordowanymi, a najpewniej z powodu troski o swój własny los, zebrał dziesięciu najwierniejszych swoich podwładnych i rzekł im: „Jak długo będziemy cierpliwie znosili te ohydy? Gdzież nadzieja ratunku, jeśli pozostaniemy wierni temu zbrodniarzowi? Czyż już głód porządnie nas nie przycisnął? Czy Rzymianie nie są już niemal w mieście? Czy to Szymon nie zdradza swoich dobroczyńców? Czyż tu, rozkazów jego słuchając, nie żyjemy w ciągłym strachu o życie, kiedy na rzymskim słowie bezpiecznie można polegać? Doprawdy, zdajmy im mury; ratujmy siebie i ratujmy miasto. Ani też Szymonowi żadna nie stanie się krzywda, gdy straci nadzieję ratunku, a rychlej karę poniesie!”. Mową tą zjednał sobie owych dziesięciu, resztę podwładnych rozesłał nad ranem w różne miejsca, ażeby nie zdradzili jego zamiarów, sam zaś około godziny trzeciej jął przyzywać Rzymian. Ale ci albo pogardliwie wcale na to nie zwracali uwagi, albo też spoglądali ku niemu nieufnie, przeważnie zaś dlatego nikt ku niemu się nie spieszył, ponieważ i tak miasto rychło już miało być wzięte bez żadnego niebezpieczeństwa. Tymczasem pod mur zbliżał się Tytus z hoplitami. Ale Szymon uprzedził go, zasłyszawszy, co się dzieje; szybko tedy wtargnął na wieżę, kazał owych ludzi schwytać, na oczach Rzymian stracić, a okaleczone ciała z muru w dół strącić.

3. Owego też czasu Józef, gdy mur obchodził i rady swoje powtarzał, został uderzony kamieniem w głowę, że natychmiast padł, straciwszy przytomność. Zaraz też Żydzi hurmem rzucili się z miasta do niego i byliby go niezawodnie ze sobą unieśli, gdyby Cezar nie był pospiesznie wysłał ludzi do jego ochrony. W czasie utarczki, jaka się wywiązała, odniesiono Józefa nieprzytomnego, Żydzi zaś wybuchnęli wrzawą radości mniemając, że ten, którego śmierci tak pragnęli, istotnie już żyć przestał. Wieść o tym wypadku szybko rozniosła się po mieście; wśród ludu nastało przygnębienie, albowiem mniemano, że zginął ten, na którego wpływy w razie ucieczki bardzo liczyli. Kiedy matka Józefa, zamknięta w więzieniu, dowiedziała się o śmierci syna, ozwała się do pilnujących jej strażników, pochodzących z Jotapaty, iż rada wierzy tej wieści, bo gdyby syn jej nawet żył, już by jej nigdy nie mógł rozradować. Ale przed służkami skrycie żaliła się1219 na los, który tak jej macierzyństwo nagradza, że temu nawet sprawić pogrzebu nie może, co ją powinien był pochować. Wszelako fałszywa wieść niedługo miała ją martwić, a opryszków cieszyć; Józef szybko przyszedł do siebie, a zbliżywszy się pod mur do powstańców, krzyknął, że za ową ranę w krótkim czasie dadzą mu zadośćuczynienie, do ludu zaś wołał, aby się poddawał. Widok jego napędził buntownikom strachu, a wlał otuchę w serca obywateli.

4. Niektórzy spomiędzy nich, doprowadzeni do ostatniej rozpaczy, rzucali się z muru i biegli do Rzymian; inni udawali, że z kamieniami na nich lecą, byle tylko oddać się im w ręce. Ale tu rychlej się ze śmiercią spotkali niż w mieście, bo tam byliby zginęli z głodu, natomiast tu, że głód swój zaspokoić chcieli. Przybywszy do obozu nieprzyjacielskiego, z głodu nabrzękli, jakby ich wydęła wodna puchlina, zaraz sobie przeładowali chciwe jadła, a osłabione żołądki, strawa ich rozsadzała i umierali, prócz tych, co nauczeni doświadczeniem, zapanowali nad głodem i pomału przyzwyczajali żołądek do przyjmowania pokarmu. Wszelako takich czekało całkiem inne męczeństwo. Syryjczycy zauważyli, że jakiś zbieg po wypróżnieniu się wygrzebywał złoto z odchodów; zbiegowie, jak już wspominałem, uciekając z miasta, połykali sztuki złota, aby je w jakiś sposób ukryć przed powstańcami. W mieście było wtedy dużo złota, a to, za co płacono dawniej dwadzieścia pięć attyków1220, oddawano teraz za dwanaście. Ledwie ten podstęp wykryto u jednego zbiega, zaraz poczęto o tym gadać we wszystkich obozowiskach, mówiono sobie, że każdy zbieg ma żołądek przepełniony złotem, tedy Arabowie i Syryjczycy ludziom żebrzącym łaski otwierali brzuchy i szukali w nich złota. Była to zaprawdę jedna z największych klęsk, jaka wówczas spadła na Żydów, bo jednej nocy rozpruto brzuchy dwom tysiącom nieszczęśliwców.

5. Skoro Tytus zasłyszał o tych zbrodniach, chciał winnych otoczyć i oszczepami wykłuć, a tylko dlatego powstrzymał się od tego, że liczba tych winowajców była zbyt wielka, znacznie większa niż w powyższy sposób wymordowanych. Ale wezwał do siebie hegemonów wojsk posiłkowych, a także legii swoich, bo i żołnierz rzymski był o to posądzony; następnie wypytywał każdego hegemona, czy między jego żołnierzami istotnie są tacy okrutnicy, podobne ohydy dla niepewnego popełniający zysku, czy im nie wstyd oręża swego, złotem i srebrem zdobionego; zwrócił się też do Syryjczyków i Arabów mówiąc im1221, że w wojnie nic ich właściwie nieobchodzącej chcą jeno dać upust swoim żądzom i sprawić, by ich mordy i nienawiść względem Żydów świat potem Rzymianom przypisywał, że dzięki ich przykładowi już kilku spomiędzy jego legionistów dopuściło się podobnej zbrodni. Wreszcie zagroził śmiercią każdemu, kto zostanie przyłapany na tym szelmostwie; legionistom zaś kazał tropić winnych i sprowadzać ich przed swoje oblicze. Ale żądza złota, jak się zdaje, żadnych kar się nie lęka; wstrętna chęć zysku leży w samej naturze człowieka i żadna namiętność tak go nie trawi, jak ta, skoro inne przesyt jakiś dają albo też można strachem je okiełznać. Lecz w owych zdarzeniach ujawnił się chyba palec Boży, który cały lud wskazał na wytępienie, że każda droga rzekomego ratunku prędzej czy później jeno do otchłani zguby prowadziła. Co wskutek zakazu Cezara nie dało się robić jawnie, to popełniano teraz skrycie; cudzoziemcy, przyłapawszy zbiega, przede wszystkim go zabijali, nim ktoś mógł temu przeszkodzić; następnie, rozglądając się dokoła, czy ich jaki Rzymianin nie podgląda, rozrzynali brzuch trupa i z wnętrzności plugawy łup dobywali. Ale zresztą u nielicznych tylko zbiegów znajdowali ów kruszec; większość nieszczęśliwców wymordowano dla czczej nadziei zysku. Zdarzenia te sprawiły, że wielu spomiędzy obywateli powstrzymało się od zamierzonej ucieczki.

6. Kiedy już nic więcej nie dało się ludowi zabrać, Jan zrabował świątynię1222, stopił wielką ilość złożonych tam ofiar, sprzętów obrzędowych, naczyń, mis wszelakich i stołów; nie darował nawet krużom1223, przysłanym przez Sebastosa i jego małżonkę. Rzymscy Cezarowie zawsze świątynię otaczali niezmiernym szacunkiem i myśleli o jej ozdabianiu; i oto teraz rodowity Żyd zrabował to, co złożył tu cudzoziemiec. Jan powiedział do swoich ludzi, że można rzecz Bogu poświęconą bez wahania dla Bożych użyć celów, a kto w obronie świątyni1224 walczy, to może i z niej żyć. Przeto też święte wino i oliwę, przechowane tam przez kapłanów dla skrapiania całopaleń, dobył z wnętrza Świątyni1225 i rozdał między swoich ludzi, którzy najmniejszego nie doznając strachu, wszystko wypili i wymaścili1226. Nie mogę przemilczeć tego, co wezbrane każe powiedzieć uczucie: gdyby Rzymianie wnet nie ukrócili tych świętokradców, byłaby się chyba ziemia rozwarła i miasto pochłonęła albo zalała je fala potopu, albo jak Sodomę ogień spalił niebieski, bo pokolenie, które tu żyło, stokroć było występniejsze, niż te, co tymi karami wytępione zostały. Szał tych ludzi cały naród doprowadził do zguby.

7. Ale po cóż mam kreślić każdy szczegół klęski? W owych dniach zbiegły do Tytusa Manneos1227, syn Łazarza, opowiadał, że przez jedną bramę, której strzegł, wyniesiono sto piętnaście tysięcy osiemset osiemdziesiąt trupów od dnia rozbicia obozu pod miastem, to jest od czternastego dnia miesiąca Ksantikos1228 aż do pierwszego dnia miesiąca Panemos1229. Przerażająca liczba! Nie należał on właściwie do straży u bramy czuwającej, tylko był postawiony, aby płacić za pogrzeby dokonywane na koszt miasta, dlatego musiał zwłoki liczyć. Innych chowali krewni. Cały pogrzeb polegał zresztą tylko na tym, że zwłoki wynoszono z miasta i rzucano1230 do przepaści. Znakomitsi zbiegowie, którzy po nim przybyli do obozu rzymskiego, powiadali, że ogółem wyniesiono przez tę bramę sześćset tysięcy zwłok ludzi ubogich. Liczby reszty umarłych wprost niepodobna określić. Skoro już brakło ludziom sił do noszenia ubogich za bramę, zwlekano ich ciała do dużego domostwa i tam zamykano. Za miarę1231 zboża płacono talent1232. Kiedy Rzymianie zamknęli miasto swoim murem, nastała taka nędza, że ludzie grzebali za odpadkami w kloakach i po starych gnojowiskach bydlęcych. Od czego się dawniej ze wstrętem odwracali, to teraz jedli. Gdy Rzymianie o tym wszystkim usłyszeli, przechodził ich dreszcz współczucia. Ale powstańcy patrzyli na to okiem obojętnym, aż i na nich kolej przyszła. Bo los, który już zawisnął w górze nad miastem i nad nimi, odjął im jasne widzenie rzeczy.

Księga szósta

I

1. Położenie Jerozolimy z dnia na dzień stawało się coraz bardziej groźne, powstańcy do ostateczności rozjątrzeni, a głód, który dotąd szerzył spustoszenie tylko pomiędzy ludem, teraz i na ich twarzach rękę swoją położył. We wszystkich uliczkach piętrzyły się stosy trupów, zdejmując przerażeniem każdego, kto tam oko zapuścił, siejąc dokoła woń zaraźliwą, tamując drogę powstańcom, kiedy czynili na wroga wypady. Deptać musieli po ciałach, jak gdyby przedzierali się przez jakieś krwią zalane pobojowisko. Ale ani się nie wzdrygnęli, ani ból żaden serca im nie szarpnął, ani też, tratując umarłych, w owym znieważaniu zwłok okropnej wróżby nie postrzegali, że ich samych niebawem tenże los czeka. Z rękami dymiącymi od krwi swoich rodaków wypadali na wroga, jak gdyby Bogu pod niebo wyzwanie rzucając1233, że tak zwleka z wyciągnięciem na nich karzącej ręki. A już nie nadzieja zwycięstwa gnała ich do boju, ale jedna rozpacz. Tymczasem Rzymianie w ciągu dwudziestu jeden dni dokończyli budowę wałów, aczkolwiek drzewo z wielkim sprowadzali mozołem, bo, jak naznaczyłem wyżej1234, cała okolica w promieniu dziewięćdziesięciu stajań już ani jednym pniem nie świeciła. Serce się ściskało na widok tej wiejącej zewsząd pustki. Jeszcze niedawno kwitły tu przepyszne ogrody i drzewa zielonymi wieńcami ozdabiały wzgórza; teraz wszędzie widoczna była naga, poruszona ziemia i chyba żaden cudzoziemiec, który przedtem patrzył na Judeę i na urocze przedmieścia stolicy, ujrzawszy teraz tę pustynię, nie zdołałby nad okropną rzeczy przemianą powstrzymać się od westchnienia i skargi. Bo wojna zatarła wszelki ślad minionego piękna, bo kto by tu, co miasto znał, nagle stanął i spojrzał, nie mógłby wcale poznać tej okolicy i pytającym wzrokiem szukałby dokoła za stolicą, której na dawnym miejscu wcale nie znajdował.