3. W tym czasie między tymi, co oblegali Jerozolimę, był także Antioch Epifanes1194 ze swoim silnym zastępem hoplitów i oddziałem straży przybocznej, Macedończykami zwanych. Wszyscy byli jednego wieku, rośli, młódź zaledwie z chłopięcych lat wybujała, na modłę macedońską uzbrojona i wyćwiczona, przeto i tak też nazywana, aczkolwiek większość ich wcale sławie narodu swego nie dorównywała. Aż do czasu Kommageńczyk był zaiste najszczęśliwszym spomiędzy wszystkich królów podlegających rzymskiemu berłu. Ale i na nim, choć w starości, ujawniła się słuszność twierdzenia, że nikogo przed śmiercią szczęśliwym nazwać nie można1195. Syn, który tu z nim bawił, a ojciec był właśnie u szczytu swego powodzenia, wyraził zdziwienie, dlaczego Rzymianie tak długo zwlekają z szturmowaniem muru. Sam zaś był wojownikiem tęgim, we wszelkich przedsięwzięciach zbrojnych zuchwałym, mężem siły niepospolitej, że rzadko kiedy nie osiągał tego, co był sobie śmiało zakreślił. Na to jego twierdzenie Tytus odparł z uśmiechem: „Wspólny kłopot!”1196. Zaraz tedy Antioch rzucił się ze swymi Macedończykami do muru. Silny był i zręczny, przeto umiał się uchylać przed pociskami Żydów, ale młodzieńczy jego zastęp tak został przetrzebiony, że nieliczna garstka już się tylko trzymała, wszelako ze względu na nieopatrzne słowo walczyła dalej; aż nareszcie, gęsto ranami pokryci, odstąpili, tę naukę mając, że nie wystarcza wywodzić się z rodu Macedończykiem, ale trzeba posiadać szczęście Aleksandra.
4. Po siedemnastu dniach trudów niemałych Rzymianie ukończyli nareszcie budowę wałów, pracując od dwunastego do dwudziestego dziewiątego dnia miesiąca Artemizjos1197. Z wielkich wałów zbudowali cztery, jeden na wprost Antonii, dzieło legii piątej, który przecinał Wróbli Staw1198, drugi zaś, dzieło legii dwunastej, wzniesiony o jakie dwadzieścia łokci dalej; wał trzeci, całkiem gdzie indziej, bo od strony północnej, dzieło legii dziesiątej, został wydźwignięty koło Stawu Migdałów1199, stąd zaś dalej o jakie trzydzieści łokci, koło grobowca arcykapłana, był wał czwarty, przez legię piętnastą wzniesiony. Ale gdy te roboty zostały dokonane1200, tedy Jan kazał spodem od Antonii pod owe wały przeprowadzić chodnik podziemny, podeprzeć go palami, pale należycie wysmarować smołą i asfaltem, a wreszcie zapalić. Skoro podparcie spłonęło, chodnik się zapadł, a zarazem zapadły się z wielkim trzaskiem wzniesione nad nim wały. Z początku buchnął tylko kurz i dym, bo płomień dusił się w zapadlinie, ale gdy się przeżarł do zwalonych belek wału1201, uderzył słupem jasnego ognia. To nagłe zdarzenie przeraziło Rzymian i wobec tego podstępu całkiem stracili ducha. Już się byli uważali za zwycięzców, gdy tymczasem teraz nawet w przyszłe powodzenie zwątpili, a wcale się już do gaszenia ognia nie brali, bo i tak wały leżały w gruzach.
5. Po upływie dwóch dni ludzie Szymona uczynili napad także na drugie wały, bo tam Rzymianie, przystawiwszy tarany, mocno poczęli tłuc mur. Niejaki Tefteos1202 z galilejskiego miasta Garis1203, także Magassar1204, dworzanin Mariammy, wreszcie pewien Adiabeńczyk, syn Nabatajosa, z powodu swego kalectwa zwany Agiras1205, co się wykłada „Kulawy”, chwyciwszy pochodnie rzucili się na te machiny. Miasto w ciągu trwania całej wojny nie posiadało istotnie śmielszych i groźniejszych nad nich wojowników. Szli naprzód jak gdyby w uścisk przyjaciół, a nie w objęcia zwartego zastępu wrogów, gdzieby się tam zalękli albo zawahali, prosto przez sam środek nieprzyjaciela biegli z ogniem ku machinom. Ze wszystkich stron padały na nich strzały, błyszczały miecze, a oni nie pierwej się cofnęli z tej paszczy nieprzyjacielskiej, zniszczeniem ziejącej, aż ogień dobrze się chwycił machin. Kiedy płomień buchnął do góry, Rzymianie poczęli nadbiegać z obozów na pomoc, ale Żydzi odparli ich od wału, z tymi, co się rzucili do gaszenia ognia, zwarli się w ręcznym boju, a w tym wszystkim nawet nie pomyśleli, że mogą zginąć. Kiedy Rzymianie wyciągali tarany spod płonących osłon, Żydzi ani do tego dopuścić nie chcieli, usiłowali zawładnąć machinami, choć rękoma chwytać musieli rozpalone żelazo. Ogień z machin przerzucił się na wały, nim straże mogły temu przeszkodzić. Rzymianie, widząc dokoła płomienie i straciwszy całkiem nadzieję uratowania machin, cofali się do obozu. Żydzi natomiast, których liczba wciąż wzrastała, bo tłumnie przybywały im posiłki z miasta, zagrzani powodzeniem, z niesłychaną siłą rzucili się na szańce i zwarli się w boju z rzymskimi strażami. Rzymianie bowiem przed obozem zawsze ustawiają straże i zmieniają je co pewien czas, a kto z jakichkolwiek powodów opuści takie stanowisko, tego wedle prawa karzą śmiercią. Tedy straże mężnie stawiały opór, bo każdy wolał ginąć jako bohater niż jako skazaniec; wielu też żołnierzy już uciekających, spostrzegłszy towarzyszy w pogrążonych ciężkiej walce, zawstydziwszy się, zawróciło im na odsiecz. Ustawili szybko skorpiony i za pomocą tych narzędzi powstrzymali napór tłumu wyległego z miasta, który to tłum dla swego bezpieczeństwa nie przedsięwziął żadnych środków ostrożności. Bo Żydzi zmagali się tylko z każdym, kto stanął im w poprzek drogi, ciężarem swego ciała przygniatając wroga, na którego włócznie nabijali się nieopatrznie. Nie sztuką wojenną, ale śmiałością wzięli górę nad Rzymianami, a ci cofali się nie tyle z powodu strat, jakie ponieśli, ale z powodu szalonego męstwa tych ludzi.
6. Tymczasem Cezar już się był wrócił od Antonii, gdzie się rozglądał za odpowiednim miejscem do wzniesienia nowych wałów; wyrzucał tedy żołnierzom, iż zawładnąwszy murami nieprzyjacielskimi, dali sobie odebrać własne szańce, że zamiast oblegać, sami stali się niejako przez Żydów oblężonymi, że wypuścili ich na siebie niby z zamkniętego szczelnie więzienia. Sam też zaraz na czele swoich doborowych zastępów natarł z boku na wroga. Żydzi, od czoła napadnięci, mimo to i jemu stawili dzielny opór. Szeregi obu stron zmieszały się ze sobą w boju, w kurzawie nic nie było można widzieć, krzyk całkiem ogłuszał, nikt też już nie był w stanie odróżnić wroga od swego. Żydzi dobywali rozpaczliwie resztek sił. Rzymian bodła naprzód ich sława bojowa i myśl, że Cezar w niebezpiecznej walce im przoduje. Zdaje się też, że w roznamiętnieniu byliby wysiekli cały ów zastęp Żydów, gdyby ci, ostatecznego obrotu bitwy nie czekając, nie byli wycofali się do miasta. Swoją drogą wskutek zapadnięcia się wałów Rzymianie całkiem upadli na duchu, bo istotnie to, co z takim mozołem zostało wydźwignięte, Żydzi w ciągu jednej godziny zdołali całkiem zniszczyć. Wielu też utraciło nadzieję, czy za pomocą zwykłych machin da się w ogóle zdobyć miasto.
XII
1. Tytus przeto odbył z wodzami naradę. Gorętsi sądzili, że należy bezzwłocznie siłami wszystkimi uderzyć i starać się rozwalić mur, bo według ich mniemania dotąd walczono z Żydami właściwie tylko dorywczo, a skoro się uderzy na nich całym wojskiem, nie wytrzymają naporu i zginą od samego gradu strzał. Przezorniejsi radzili jednak znowu zabrać się do wznoszenia wałów; jeszcze bardziej spokojni nawet tego środka nie radzili się imać i tylko otoczyć szczelnie miasto ze wszystkich stron, całkiem przeciąć dowóz żywności, walk zaniechać, miasto zagłodzić. Żydzi chcą ginąć od miecza; sroższe im tedy zgotować cierpienie. Ale Cezarowi nie wydało się to rzeczą godziwą, z tak ogromnymi siłami bezczynnie wylegiwać się pod miastem; walczyć również nie ma co z ludźmi, którzy sami siebie tępią; niemniej trudno nowe zbudować wały, bo to i praca mozolna, i drzewa już brak; otoczyć miasto szczelnie wojskiem niepodobna, miasto jest na to zbyt wielkie, okolica wcale się do tego nie nadaje, powstańcy mogą zwartą siłą uderzyć na jedno miejsce. Gdyby się nawet strzegło wszystkich znanych przejść, Żydzi, przyparci koniecznością, rozmaite tajne drogi sobie wynajdą, i jeśli nimi żywność będzie dowożona, trzeba będzie miasto bardzo długo oblegać, zwłoka zaś zakończy dzieło mniej sławnym zwycięstwem. Powoli wszystkiego da się dokonać, ale by prócz tego zyskać sławę, trzeba działać pospieszniej. Aby tedy połączyć bezpieczeństwo z pośpiechem, należy całe miasto obwieść murem. Tylko w ten sposób przetnie się wszystkie drogi i dróżki. Więc albo Żydzi zostaną doprowadzeni do ostateczności i miasto poddadzą, albo też z powodu niedostatku tak osłabną, że zdobyć je będzie łatwo. A pomimo muru wojska także nie będą całkiem bezczynne, wezmą się prócz tego do sypania szańców, licząc na coraz słabszy opór. Gdyby kto mniemał, że dźwignięcie takiego muru jest dziełem zbyt wielkim i zbyt trudnym, niech baczy, że małe przedsięwzięcia nie są wcale godne Rzymian i że bez mozołu wielkiej rzeczy nikt nigdy nie dokonał1206.
2. Słowa te przekonały wodzów, a Tytus kazał natychmiast skierować wojska do robót. Cudowny zapał ogarnął żołnierzy. Budowę muru podzielono na części, a wtedy nie tylko poszczególne legie pracowały ze sobą na wyścigi, ale także kohorty, legionista chciał się odznaczyć wobec dekuriona, dekurion wobec centuriona, ten wobec trybuna, trybunowie starali się znowu zadowolić wodzów, a współzawodnictwo tych ostatnich nagradzał Cezar, bo każdego dnia po kilka razy objeżdżał roboty i pilnie wszystkiego doglądał. Mur wyprowadził z Obozowiska Asyryjczyków, gdzie sam obozował, powiódł go przez część niższą Nowego Miasta1207, stąd przez Kedron do Góry Oliwnej, następnie wokół tej góry na południe aż do Skały Gołębiej1208 oraz pobliskiego wzgórza, wznoszącego się nad doliną naprzeciwko źródła Siloa, potem w kierunku zachodnim, gdzie opadał w dolinę tego źródła, dalej szedł w górę koło grobowca arcykapłana Anana, obejmując wzgórze, na którym ongi obozował Pompejusz, zawracał na północ aż do wsi Erebinton1209, okrążał grobowiec Heroda i na wschodzie zamykał się znowu przy obozie Cezara. Cały jego obwód wynosił trzydzieści dziewięć stajań. Na zewnątrz wybudowano trzynaście strażnic1210, które razem wzięte miały dziesięć stajań obwodu. Całość została zbudowana w ciągu trzech dni, zatem w niezmiernie krótkim czasie dokonano dzieła, które w innych warunkach wymagałoby całych miesięcy. Cezar otoczywszy w ten sposób miasto i rozłożywszy wojsko po tych wartowniach, sam osobiście dla dozoru puścił się o pierwszych strażach nocnych na objazd, o wtórych strażach puścił się na objazd Aleksander1211, a o strażach trzecich wodzowie legii. Warty losowały między sobą, kto ma czuwać, a kto spać, a ci, na których wypadło, całą noc obchodzili przestrzeń pomiędzy poszczególnymi strażnicami.
3. Z chwilą, gdy miasto zostało istotnie ze wszystkich stron szczelnie zamknięte, znikła dla Żydów wszelka nadzieja ratunku, a głód, szerząc się coraz gwałtowniej, niszczył teraz lud całymi domami i rodzinami. Dachy były przepełnione przymierającymi niewiastami i dziećmi, na ulicach leżały trupy starców, chłopcy i młodzieńcy, opuchnięci z głodu, wałęsali się jak mary po rynkach, gdzie bądź padając z wycieńczenia. Nikt już nie miał sił, żeby grzebać swych bliskich; ci, co się jeszcze jako tako trzymali, stali bezradni wobec niesłychanej liczby zwłok lub też trwożliwie od nich stronili, aby nie patrzeć na to, co ich samych czekało. Niejeden, grzebiąc kogoś, sam padał na zwłoki i konał; byli i tacy, którzy dowlekali się do grobowisk1212, aby tam umrzeć. Żaden lament nie odezwał się tam nad umarłymi, żadna pieśń nie użaliła się nad ich losem, głód stępił w ludziach wszelkie uczucie, umierający patrzyli błędnymi1213 oczami i z otwartymi ustami na tych, którym śmierć już dała uciszenie, głusza panowała nad miastem, rzekłbyś Pusta Noc1214, noc śmierci. Ale wśród tej grozy jeszcze zdołali siać przerażenie owi rozbójnicy. Niby rabusie grobów wpadali do domów, obdzierali zwłoki, obnażali je i odchodzili z dzikim śmiechem, to znowu na ciałach umarłych próbowali ostrza swych mieczów, a nawet niekiedy, dla wypróbowania tego żelaza, takich żgali, co jeszcze dychali; ale jeśli kto ich błagał o ów cios miłosierdzia, to go właśnie z urągowiskiem mijali, aby konał w mękach śmierci głodowej. Każdy, umierając, obracał oczy raz ostatni na Przybytek, gdzie się ogniskowało życie powstańcze. Powstańcy kazali z początku grzebać umarłych na koszt publiczny, bo oddychać nie było można wśród trupiej woni, ale gdy liczba ich poczęła gwałtownie rosnąć, zrzucano zwłoki po prostu z muru w głąb wąwozów.
4. Kiedy Tytus tamtędy przejeżdżał i zobaczył dolinę przepełnioną trupami i rozciekłe gnojowisko ciał, jęknął, wzniósł ręce i Boga wezwał na świadka, że to nie jego dzieło. Tak wyglądało wówczas w mieście. Natomiast wśród Rzymian, których teraz powstańcy, głodem i znękaniem przyciśnięci, nie napadali, panowała swoboda myśli, dostatek był zboża i wszelkiej innej żywności, którą sprowadzano z Syrii i z sąsiednich eparchii. Dość też było takich legionistów, co stanąwszy w pobliżu muru, pokazywali oblężonym swoje sute kąski i bardziej jeszcze głód w nich podrażniali. Mimo to owa ostatnia nędza ani nawet nie nadkruszyła stałości powstańców; tedy Tytus, czując litość nad ową resztką przymierającego ludu, którą koniecznie chciał ratować, znowu kazał wznosić wały, choć już bardzo trudno było o budulec, albowiem na zbudowanie szańców poprzednich zużyto drzewa całej okolicy i teraz trzeba je było sprowadzać z odległości dziewięćdziesięciu stajań. Naprzeciwko Antonii zbudowano cztery nowe wały, znacznie od tam tych większe. Cezar objeżdżał legie, naglił żołnierzy, bo chciał pokazać rozbójnikom, że są już w jego rękach. Ale tych żadna skrucha nie ruszyła, brnęli dalej w swym bezeceństwie. Dusze ich nie patrzyły na to, co się dzieje z ciałem, ciała na sprawy duszy się nie oglądały, ciała i dusze stały się tym ludziom niby zagrabiona obczyzna. Żadne łagodniejsze uczucie nie miało przystępu do ich serca, stępieli dla wszelkiej boleści i jako psy szarpali między sobą trupa ludu1215, jeszcze półumarłych gromadami całymi wtrącając do więzienia.