2. Teraz dopiero stronnictwo tyrana, zewsząd otoczone, a z powodu muru wystawionego przez Rzymian dokoła miasta żadnej możliwości ucieczki niemające, zwróciło się do Tytusa w sprawie układów. Ten, z natury ludzki, pragnął bodaj miasto od zagłady uchronić; tak mu też i radzili przyjaciele, wyrażając mniemanie, że owo zbójectwo niezawodnie już zmiękło. Tytus stanął tedy w stronie zachodniej zewnętrznego dziedzińca. Tu, nad Ksystosem, była brama i szedł most, który łączył świątynię z Górnym Miastem. Most ten dzielił w tej chwili tyranów i Cezara. Obie strony stanęły z licznym swoim otoczeniem: Żydów, zebranych dokoła Szymona i Jana, targały obawy i nadzieje, czy zyskają przebaczenie, Rzymianie natomiast, otaczający Cezara, niecierpliwie czekali, jakie będzie jego w tym względzie postanowienie. Tytus, rozkazawszy wojskom poskromić bojową zaciekłość i przestać miotać pociski, a tłumaczowi stanąć przy sobie, na znak, że jest zwycięzcą, pierwszy głos zabrał: „Prawdopodobnie, o mężowie, nasyciliście się już klęskami swej ojczyzny, wy, niewidzący ani naszej potęgi, ani własnej słabości, w bezrozumie, ślepocie, szaleństwie doprowadzający do upadku naród, miasto, Przybytek, a zaiste byłaby to rzecz ze wszech miar sprawiedliwa, gdyby i was w tę ogólną otchłań zniszczenia strącono, bo od dnia, kiedy was ujarzmił Pompejusz ciągle i ciągle się burzycie, a teraz jawną przeciwko Rzymianom wszczęliście wojnę. Czyż na liczbę swych gromad się oglądacie? Nieznaczna to część jest siły rzymskiej, która was zmogła! A może liczycie na pomoc sprzymierzeńców? Sięgnijcie za granice naszego państwa i powiedzcie, gdzież znajdzie się taki naród, który by wolał wybrać Żydów niż Rzymian? Na krzepkie ręce? Toż chyba wiecie, że nawet z Germanów uczyniliśmy sobie niewolników. Na tęgie mury? Czyż ocean nie jest potężniejszym przedmurzem? A przecież orężowi rzymskiemu ulegli Brytanowie! Na wytrzymałość waszą i obrotność wodzów? Ale i to chyba wiecie, że podołaliśmy Kartagińczykom. Nic tedy innego nie mogło was ośmielić do porwania się na Rzymian, tylko ich ludzkie z wami obchodzenie się. Zostawiliśmy wam wasze ziemie, pozwoliliśmy wam mieć własnych królów, szanowaliśmy wasz Zakon, dopuściliśmy do tego, że mogliście wedle swego obyczaju żyć nie tylko u siebie, ale wszędzie, więcej powiem, pozwoliliśmy wam ku czci Boga zbierać podatek1323 i ofiary, żadnych w tym względzie przeszkód wam nie stawiając, dopuściliśmy, że wy, nieprzyjaciele nasi, staliście się od nas bogatsi, a za nasze własne pieniądze poczęliście się przeciwko nam zbroić. I o to wszystko, coście otrzymali, zostało przez was użyte przeciwko tym, którzy was tak wyposażyli. Wzorem nieoswojonych wężów bryznęliście jadem na tych, co was chcieli sobie zjednać. Niech będzie, żeście sobie lekceważyli opieszałość Neronową, ale gdy przedtem, niby po wierzchu zasklepiona rana, złośliwe wprawdzie kryjąc zamiary, siedzieliście przynajmniej spokojnie, gdy choroba gdzie indziej się wzmogła, zaraz prawdziwą ukazaliście twarz, zaraz wydęły was szalone zamiary i nieposkromione chętki. Wtedy w kraju tym zjawił się rodzic mój, a nie przyszedł po to, aby was karać za Cestiusza, ale aby wam udzielić przestrogi. Bo gdyby chciał naród wasz wytępić, tu przede wszystkim sięgnąć by musiał do samego korzenia i to miasto czym prędzej zburzyć. On natomiast jedynie Galileę i ziemie okoliczne spustoszył, chcąc dać wam czas do rozmysłu. Ale ludzkość nasza wydała się wam słabością, a wskutek naszej łagodności opętało was ostateczne szaleństwo. Po śmierci Nerona poczynaliście sobie jak tylko można najhaniebniej, nasze wewnętrzne niepokoje tchnęły w was hardość, a kiedy to ja z rodzicem pociągnąłem do Egiptu, skorzystaliście z tego, aby się zbroić do wojny, nie zawahaliście się zaniepokoić tych imperatorów, których przedtem jako ludzkich poznaliście wodzów. A kiedy już władza spoczęła w naszych rękach, gdy wszystkie burze się uciszyły, gdy z najodleglejszych ziem przybywały poselstwa z wynurzeniami, znowu jedni Żydzi wrogie względem nas zajęli stanowisko, bo oto wysyłaliście podżegaczy za Eufrat, warownymi murami otaczaliście miasta, wybuchły bunty, rozterki między tyranami, wojna domowa rozgorzała, wszystko, co godne tak nikczemnych ludzi. I oto osobiście stanąłem pod tym miastem, mając do spełnienia przykre rozkazy mego rodzica, które mi wydał z ociąganiem się. Doszły mnie słuchy, że lud pragnie pokoju; byłem temu rad. Nim przystąpiłem do działań wojennych, zażądałem od was, abyście broń rzucili; walczyliście długo, oszczędzałem was, ułaskawiałem zbiegów, każdemu dotrzymałem słowa, kto się u mnie zjawił, litowałem się nad tą wielką liczbą więźniów, srogo karałem tych, co ich krzywdzili, niechętnie wysunąłem machiny przeciwko waszym murom, powstrzymywałem żołnierzy od rzezi, a niby zgromiony, a nie gromiący po każdym zwycięstwie o pokój do was wołałem. Na progu waszej świątyni jeszcze zapomnieć chciałem o tym prawie wojennym, jakie miałem za sobą, jeszcze was wzywałem, abyście o Przybytku waszym i jego losach pomyśleli, pozwalałem wam, gdybyście się poddali, pociągnąć, dokąd wola, a nie, to stoczyć walkę na innym miejscu. Wszystko to braliście lekko, tedy powiem, własnymi rękami spaliliście tę waszą świątynię! A teraz, wy brudni, wzywacie mnie do układów? A cóż tam jest jeszcze godne ratowania po tych stratach, które już są niepowetowane? Gdy świątynia z dymem poszła, jakże to wam może zależeć na osobistym ratunku? Toż jeszcze i teraz widzę broń w rękach waszych, a wcale nie macie wyglądu ludzi proszących o łaskę, choć ostatnia niedola was przycisnęła. Na czym to jeszcze, ludzie nieszczęśni, budujecie jakieś nadzieje? Naród wasz trup, świątyni nie ma, miasto jak moje, życie wasze w tym tu oto ręku moim! Jeszcze wam uśmiecha się sława w bohaterskim zmaganiu się ze śmiercią? Ale cóż będę spory toczył z szaleńcami! Broń odrzućcie od siebie, poddajcie się, życie wam daruję i tylko niby ów łagodny władca domowy niepoprawnych pokarzę, a reszta niech mi żyje!”.
3. Na to powstańcy odpowiedzieli Tytusowi, że łaski przyjąć od niego nie mogą, albowiem poprzysięgli sobie, że tego nigdy nie uczynią; natomiast proszą go, niechaj im pozwoli z żonami i dziećmi odejść swobodnie poza mury; pociągną na pustynię, jemu zostawiając miasto. Zaraz się Tytus oburzył, że ludzie ci, całkiem już prawie zwalczeni, jeszcze niby zwycięzcy stawiają mu warunki. Kazał im tedy powiedzieć tak: niechaj odtąd żaden zbieg nie szuka drogi do jego obozu, niechaj się nikt o łaskę do niego nie zwraca, nikogo oszczędzać nie będzie; niech walczą, ile mają sił, niech się ratują, jak mogą; on sam będzie się już tylko rządził prawem wojny. Następnie wydał żołnierstwu rozkaz, aby miasto zrabowano i spalono. Owego dnia przewlekano jeszcze; ale nazajutrz puszczono z dymem archiwum, Akrę, Radę i Oflę. Ogień doszedł aż do pałacu Heleny, stojącego w pośrodku Akry, obejmując także domy i ulice, zapełnione stosami trupów tych, co tam pomarli z głodu.
4. Owego dnia stanęli przed Cezarem, błagając łaski, synowie i bracia króla Izatesa, a także wielu spomiędzy wybitnych obywateli. Aczkolwiek Tytus zaciął się przeciwko wszystkim Żydom, jacy jeszcze zostali, nie mógł postąpić wbrew swemu usposobieniu, przeto przyjął ich łaskawie. Wszelako tymczasem kazał ich trzymać pod strażą; synów zaś i krewniaków króla kazał później w kajdanach jako zakładników powieść do Rzymu.
VII
1. Powstańcy napadli teraz na pałac królewski, w którego potężnych murach Żydzi ukryli znaczną część swoich skarbów, wypędzili stamtąd Rzymian i wymordowawszy chroniącą się tam ludność w liczbie około ośmiu tysięcy czterechset głów, zrabowali pieniądze. Zdołali nawet ująć żywcem dwóch Rzymian, piechura i jeźdźca, piechura zasiekli na miejscu i trupa jego powlekli przez miasto, jak gdyby się na nim za wszystko chcieli pomścić, co od Rzymian wycierpieli, jeźdźca natomiast, który im obiecał udzielić ważnych wskazówek co do ratunku, poprowadzili przed Szymona; ale gdy się okazało, że właściwie nie miał nic do powiedzenia, oddano go jednemu z przywódców, Ardalasowi, aby go stracił. Ten spętał mu ręce na plecach, oczy zawiązał i wyprowadził na takie miejsce, aby Rzymianie widzieli, jak zostanie ścięty. W chwili jednak, kiedy Żyd dobywał miecza, więzień mu zbiegł do Rzymian. Ponieważ wyrwał się nieprzyjacielowi, Tytus nie chciał skazywać go na śmierć; że jednak dał się wziąć żywcem, co uważał za rzecz niegodną rzymskiego żołnierza, odebrał mu broń i wygnał go z wojska, a dla człowieka cześć miłującego była to kara od śmierci sromotniejsza.
2. Nazajutrz Rzymianie wypędzili rozbójników z Dolnego Miasta i spalili je aż do Siloa, lecz choć patrzyli na ów pożar z radością, łupu nie zdobyli, albowiem powstańcy, uchodząc do Miasta Górnego, wszystko ze sobą wynieśli. Mimo tych bezmiernych klęsk w usposobieniu powstańców nie zaszła żadna zmiana, przeciwnie, nawet przechwalali się, jak gdyby osiągnęli jakieś niezwykłe korzyści. Gdy miasto gorzało, swobodnie i z wesołym uśmiechem na twarzy powiadali, że wybrali śmierć; lud już wymordowany, świątynia w gruzach, miasto w ogniu, nieprzyjacielowi pozostawią gołą ziemię. Aczkolwiek rzeczy już doszły do granic ostatecznych, Józef jeszcze nie ustawał, jeszcze ich błagał, aby bodaj szczątki miasta uchronili od zagłady; ale choć tyle mówił im o ich okrucieństwie i bezbożności, choć tak im przekładał, aby nareszcie pomyśleli o swoim ratunku, nic nie wskórał prócz tego, że mu naurągali. Ponieważ nie mogli się poddać, bo sobie to poprzysięgli, ponieważ i bronić się wcale nie mogli, bo byli zamknięci niby w więzieniu, mordowanie zaś stało się już u nich nałogiem, przeto wybierali się za miasto i wśród rozwalisk czaili się na tych, co uciekali do Rzymian. I rzeczywiście, wielu takich zdołali tam przychwycić, którzy głodem wycieńczeni, dowlec się nie mogli; ubijali ich tedy, a ciała wyrzucali psom. Zresztą dla każdego z tych nieszczęśliwców wszelki rodzaj śmierci mniej wydawał się okropny od przymierania z głodu; więc choć u Rzymian nie spodziewali się żadnego zmiłowania, uciekali tam, ani też tak bardzo przed powstańcami się nie chronili, co na ich życie czatowali. I oto niebawem w mieście trup leżał przy trupie, a piędzi ziemi nie było wolnej, jeno wszędzie się walały ofiary czy to głodu, czy buntu1324.
3. Ostatnią nadzieją ratunku dla tyranów i ich bandytów były chodniki podziemne, w których, jak mniemali, zdołają się bezpiecznie ukryć i nie zostaną odnalezieni. Sądzili, że kiedy Rzymianie, miasto zdobywszy, odejdą, tedy wydostaną się z tych chodników i ujdą. Ale było to tylko marzenie; nie mogli się ukryć przed Bogiem i Rzymianami. Owa myśl ukrycia się w chodnikach sprawiła, że sami teraz gorliwiej jeszcze od Rzymian palili miasto; ludność uciekającą z płonących domów do podziemi ubijali, plądrowali, a przy kim znaleźli jaką żywność, natychmiast ją pochłaniali, choćby była zbryzgana krwią. Teraz już nawet dla grabieży jedni drugich opadali. Zdaje mi się, że gdyby miasto nie zostało zdobyte, to na koniec byliby w swym zezwierzęceniu nawet pożerali trupy.
VIII
1. Górnego Miasta, leżącego na wzgórzu, nie można było ze względu na jego położenie zdobywać bez wzniesienia wałów. Cezar tedy przeznaczył do tych robót część wojsk, a stało się to dnia dwudziestego miesiąca Loos1325. Sprowadzenie drzewa przedstawiało poważne trudności, ponieważ, jak to już rzekłem, całe zadrzewienie w promieniu stu stajań zostało wycięte i zużyte do budowy poprzednich wałów. Cztery legie wznosiły szańce pod miastem od strony zachodniej, naprzeciwko pałacu królewskiego, natomiast wojska posiłkowe i inne czyniły to w pobliżu Ksystosu, następnie1326 mostu i wieży Szymona, którą ten w walce z Janem obrał sobie1327 za główną ostoję.
2. W owe dni zeszli się potajemnie wodzowie Idumejczyków i odbyli ze sobą naradę w sprawie poddania się Rzymianom. Następnie wysłali do Tytusa pięciu spomiędzy siebie i prosili go o ułaskawienie. Tytus sądził, że jeśli w mieście braknie Idumejczyków, stanowiących poważną część siły zbrojnej powstańców, to może i tyrani na koniec się poddadzą. Po długich wahaniach dał obietnicę ułaskawienia i mężów tych odprawił z powrotem do miasta. Szymon, który to zaraz zwietrzył, kazał natychmiast owych pięciu, co się do Tytusa wyprawiali, zabić, wodzów, między którymi najznakomitszym mężem był Jakub, syn Sozasa, powtrącać do więzienia, Idumejczyków zaś, po stracie wodzów całkiem bezradnych, pilnie strzec, znacznie straże na murach wzmocniwszy. Ale owe straże już wcale nie mogły dać sobie rady z ustawicznym zbiegostwem; choć wielu położono trupem, liczba tych, co uciekła, była jednak znacznie pokaźniejsza. Rzymianie przyjmowali wszystkich, a Tytus w swej dobrotliwości całkiem nie myślał o swych dawnych rozporządzeniach, nawet żołnierze ich nie mordowali, czy że już dość mieli tego przelewu krwi, czy też dla żądzy łupu. Tych, co przybywali w pojedynkę, całkiem na wolność puszczali; innych wraz z żonami i dziećmi sprzedawali w niewolę i to za byle co, ponieważ niewolników było dużo, a kupców mało. Cezar kazał wprawdzie obwieścić, żeby się nikt nie ważył zjawiać sam, bez rodziny; mimo to i takich przyjmował, tylko natychmiast kazał między nimi wybór czynić, a tych wyłączać, co zasłużyli na karę śmierci. Liczba zaprzedanych w niewolę była nieprzebrana, ale spomiędzy obywateli Cezar ułaskawił przeszło czterdzieści tysięcy, każdemu z nich pozwalając oddalić się, dokąd chciał.