„Niema szczęścia dla człowieka, jeżeli się niem z drugimi podzielić nie może”!
Rok nie upłynął, aż Jacuś wysechł jak szczypa, wyżółkł, jak wosk — i w tem swojem dostatku i szczęściu męczył się nie do zniesienia. W końcu po jednej nocy bezsennej, nakładłszy złota w kieszenie, kazał się wieźć do chaty.
Miał to postanowienie, choćby wszystko stracił, a matkę i rodzeństwo poratować.
— Niech się już dzieje co chce! — mówił — niech ginę, dłużej z tym robakiem w piersi żyć nie mogę.
Stanęły konie przed chatą.
Wszystko tu było jak przedtem; żłób stary u studni, pieniek, dach, drabina — ale w progu chaty żywej duszy nie było...
Jacuś pobiegł do drzwi — stoły kołkiem podparte; — zajrzał przez okno, chata była pusta...
Wtem żebrak, stojący u płotu, wołać nań zaczął:
— A czego tam szukacie, jasny panie... Chata, wszystko pomarło z biedy, z głodu i choroby...
Jakby skamieniały, stał ów szczęśliwiec u progu — stał, stał...