Na twardych szponach oparł się o skalę,

Skórzane skrzydła strząsnął, i z jaskini,

Świszcząc, wypełznął naprzeciw Witola.

Był to jedyny téj góry obrońca:

Bo nikt się nie śmiał przeciw wojsku stawić.

A nowe posły już spiesznie ciągnęli:

Lecz, widząc smoka, zdumieni stanęli.

Sam jeden Witol wystąpił na niego,

Miecz swój cudowny w prawém podniósł ręku,

Procę u pasa, łuk miał i siekierę.