Gdzieniegdzie dąb się zielony podnosił,

Lub sosna czarna, jodła, co gałęźmi

Płacząc ku ziemi, los żony wężowéj

I wieczne łzy jéj ludzióm przypomina;

Niżéj na krzewiach głóg błyszczał czérwony,

Dojrzałych kalin grona zrumienione,

I jarzębiny żółtawe jagody,

Ponad któremi wzlatywali ptacy.

Nigdzie już kwiatu. Pożółkłe rośliny

Równo z drzewami owocem się gięły;