Dąb, suchy żołądź otrząsając z siebie,

Zrzucał na pastwę stadóm dzików głodnych;

Drzewo Lazdony560, przez chłopców odarte,

Wysmukłe laski wznosiło do góry,

Jakby opieki pod dębów konarem

I bezpieczeństwa dla siebie szukało;

Pożółkły pola; trawy pozsychały;

Wody się mętne w koryta zebrały;

A wiatr, choć niebo świeciło pogodą,

Szumiał po lasach i liście otrząsał,