A lud bez wodza, jak ciało bez głowy,

Rozpierzchły szuka w gęstwinach przytułku,

Za rzeki falą od mieczów schronienia!

Dzień wstał i krwawą oświécił dolinę;

Pokotem na niéj trup leży usłany,

Zbite namioty, skruszone oręże,

I ziemia czarną oblana posoką.

Gdzieniegdzie jęki, słabe słychać głosy

Rannych, co śmierci prędszéj przyzywają —

Inni w milczeniu leżą i konają,