Twarze ich blade i usta ich drżące,

A oczy raz wraz na zamkowe mury

Z trwogą, nadzieją, łzami się podnoszą. —

Jedni upadli na wałach znużeni,

Jakby z dalekiéj tylko co podróży,

Głowy oparli na żylastéj dłoni,

Drudzy cóś607 radzą, cóś po cichu gwarzą,

A gdy się sługa przybliży zamkowy,

Milkną i patrzą, czekają i idą

Przeciw słów jego żebrzącém wejrzeniem,