— Pani mi przebaczy, ale ta cudna woń wiosny, radbym nią tu odetchnąć.
— Wiosna w polu jest jeszcze daleko wonniejszą i piękniejszą; oddaj mi pan bilet i zostaw mnie w mojéj samotności.
Watzdorf się uśmiechał szydersko i powoli po wszystkich kieszeniach szukał biletu.
— W istocie samotność w tym kątku, we dwoje... a! jakby była rozkoszną — mruczał impertynencko.
— Ja i moja suivanta, tak jesteśmy we dwie, a ogrodnik który tak nieroztropnie waćpana wpuścił, za co dostanie odprawę... trzeci...
— Gdzież ten bilet królewicza?
Watzdorf szukał go powoli i dobywał różnych rzeczy z kieszeni, między innemi, jakby przypadkiem natrafił na medal i odezwał się:
— Proszę hrabinéj, co to za zuchwali i nikczemni są paszkwilanci. Ktoby się to co podobnego spodziewał?
Położył medal na stole, a sam daléj kieszenie przebiérał. Hrabina spojrzała, poznała medal, udała że go wcale nie zna, zaczęła rozpatrywać i z najzimniejszą krwią odrzuciwszy go rzekła:
— Wcale lichy koncept! Ale cóż on komu szkodzi?