— Za co? za co? — cicho i wysuwając z kołnierza głowę jak żółw ze skorupy, szepnął Guarini — dlatego że piękny młodzian nie pali ofiar przed tobą? że mu niebieskie oczy francuzki wdzięczniéj świécą niż twoje?
Faustyna plasnęła w dłonie.
— Słyszysz go, tego prete24 obrzydłego! — krzyknęła, rękami poczynając mu wywijać przed samą twarzą — alboż to ja potrzebuję hołdów? albo mi ich mało? albo mi nie miały czasu obrzydnąć?
— O! kobiécie kadzidło! — zaśmiał się Guarini.
— Ale o kogoż idzie? — spytał Watzdorf.
— Un poverino25 — odezwał się Jezuita — którego ta nielitościwa chce wypędzić z teatru.
— Un assassino! un tradittore! una spia!26 — wołała Faustyna.
Watzdorf jakkolwiek smutny tą pocieszną kłótnią, codziennie się odnawiającą pomiędzy aktorką a księdzem, pobudzony był do śmiechu.
— Ja państwa pogodzę! — zawołał — czekajcie!
Zwrócono nań oczy, gdyż zgoda była bardzo pożądaną.