— Niech winowajca idzie precz — rzekł Watzdorf — a na jego miejsce jak skoro aktora dobrego potrzeba, weźcie jednego z ministrów. Niéma lepszych nad nich! a że Faustynie z ministrem się nie zechce kłócić, będzie zgoda.
Guarini pokiwał głową: Faustyna umilkła jakby zrozpaczona i poszła się rzucić na sofę. Jezuita wziął pod rękę szambelana i odprowadził go do okna.
— Carissimo27 — rzekł łagodnie — jeszcze do kanikuły daleko, a wy coś zdajecie się jakby rażeni od upału.
— Nie, jeszczem się nie wściekł — rzekł Watzdorf — nie zaręczam jednak żeby do tego nie przyszło.
— E! cóż ci jest? spowiadaj się.
— Chyba kolana Faustyny za konfesyonał będą służyły...
— Poganin jakiś! — zaśmiał się Jezuita — co ci jest? pytam.
— Ale nic mi, mój Ojcze, świat mi się wydaje głupim i po wszystkiém.
— Carissimo perdonna28 — rzekł Jezuita — głupim, to ty mi się wydajesz plotąc rzeczy niezdrowe. Wiész, ja ci dam jednę radę. Gdy cię taki humor napadnie, idź w pole, gdzie nikogo niéma, w las, gdzie tylko sarny możesz popłoszyć; wyklnij się, wyłaj, wykrzycz i powracaj do miasta uspokojony. Wiész, że tego środka już w starożytności używali ci, co języka wstrzymać nie umieli.
Słuchał Watzdorf obojętnie.