— Żal mi waćpana — dodał O. Guarini.
— Żebyś Ojcze wiedział, jak mnie żal was wszystkich — westchnął Watzdorf — ale któż tu nas rozsądzi przy kim prawda i czyj żal lepszy?
— Dajmyż sobie pokój — odezwał się Jezuita i pochwycił za kapelusz.
Faustyna jeszcze swą włoską furyę wydychiwała na sofie, Guarini podszedł do niéj i skłonił się pokornie:
— Raz jeszcze ośmielam się prosić Waszéj Ekscellencyi za tym poverinem: uczyńcie to dla mnie.
— Wy uczynicie bezemnie co się wam podoba — odparła Faustyna — ale jeśli mnie zmusicie do znajdowania się z nim na scenie, daję słowo, że mu publicznie dam policzek.
Guarini na obie strony pokiwał głową, ukłonił się i poszedł z raportem do królewicza.
Była to ta godzina miłego spoczynku, który Fryderyk używał z rozkoszą po całodzienném próżnowaniu: godzina jego fajki, szlafroka, Froscha i Storcha, Sułkowskiego, Brühla i O. Guariniego, gdyż oprócz nich, nikt do niego wówczas przystępu nie miał.
Guarini wchodził, gdy mu się podobało. Nie było téż mniéj zawadnego, a milszego towarzysza. Król lubił się śmiać, śmieszył go; chciał milczéć, pomagał do zachowania milczenia: zapytywany odpowiadał wesoło, a nigdy w niczém się nie sprzeciwiał.
W pokoju kurfirsta nie było nikogo, oprócz Brühla.