— Przygotować? jak?
— Jestem tego zdania — wyszeptał Brühl cicho — iż bez porady O. Guaryniego i królewiczowéj, nic przedsiębrać nie należy.
Sułkowski spojrzał nań ze źle pokrytém nieukontentowaniem.
— Ale, zdaje mi się — odparł — że królewicz w tém nie potrzebuje ani pomocy Najjaśniejszej królewiczowéj, ani duchownéj pociechy spowiednika.
— Jabym sądził... — rzekł zmieszany Brühl i spojrzał na drzwi.
Otwierały się one właśnie i O. Guarini wchodził. Zkąd się dowiedział tak rychło o przybyciu Brühla, trudno się było domyśléć. Szedł ku niemu milczący, z twarzą smutną mimo zwykłego jéj wyrazu, który mu trudno było pokryć: otwarł ręce szeroko, jakby go chciał uścisnąć. Brühl byłby może jedną z tych rąk ucałował, gdyby nie świadek nie potrzebny. Postąpił krok tylko i skłaniając głowę, rzekł:
— Król nie żyje!
— Eviva il Re! — odpowiedział cicho Guarini podnosząc oczy do góry — wyroki boskie są nie zbadane.
— Wié już królewicz?
— Nie jeszcze — rzekł sucho Sułkowski, który na księdza rzucił wzrokiem nie zbyt przyjaznym, ani nawet tak pokornym jak Brühl i drudzy. Guarini téż jakby z umysłu nie zwracał się ku niemu.